Tag: wyzwanie

Jak założyć efektywną grupę Mastermind, z którą osiągniesz sukces?

Jak założyć efektywną grupę Mastermind, z którą osiągniesz sukces?

Otaczający Cię ludzie determinują, czy odniesiesz życiowy sukces i uwolnisz swój pełny potencjał, czy zatrzymasz się na poziomie przeciętności i przeżyjesz swoje życie, jako ofiara. Czy tego chcesz, czy nie ludzie w twoim środowisku oddziałują na Ciebie swoimi wartościami, postawami oraz nawykami. Doskonale obrazują to słowa słynnego mówcy motywacyjnego, Jima Rohna, który powiedział kiedyś, że jesteśmy wypadkową 5 osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Jeśli więc zależy Ci na podniesieniu jakości twojego życia, musisz świadomie stworzyć dla siebie środowisko, które będzie dla Ciebie inspiracją oraz wsparciem w rozwoju. Wykorzystaj do tego potęgę grup Mastermind.

 

 

Ścieżka bohatera

Jeżeli zależy Ci na wyciśnięciu z życia wszystkich soków i wejściu na ścieżkę bohatera, musisz oswoić się z dyskomfortem i lękiem. Czasami będzie cholernie trudno i odniesiesz wiele porażek, ale to normalne.

Zaakceptuj to. 

Z tego właśnie powodu podczas wędrówki warto mieć drużynę, która składa się z ludzi podobnym Tobie…

Grupy śmiałków gotowych podjąć walkę ze swoimi słabościami i przeciętnością w imię zbudowania życia opartego na pasji i prawdziwym spełnieniu.

Nie zawsze uświadamiamy sobie, jak ogromny wpływ na nasze samopoczucie, produktywność oraz poziom satysfakcji z życia mają osoby w naszym środowisku.

Jeśli w twoim otoczeniu przeważają „narzekacze” i pesymiści, którzy mają mentalność ofiary, to istnieje duża szansa, że przybierzesz ich toksyczny sposób myślenia i skończysz podobnie — jako magnes na „szajs”.

Pewnie to zabrzmi brutalnie, ale…

…takich osobników należy usunąć ze swojego życia, ograniczyć kontakt, zakończyć relacje — życie jest zbyt krótkie na słuchanie toksycznych ludzi. 

Z drugiej strony, jeżeli świadomie otaczasz się inspirującymi i pozytywnymi ludźmi, którzy rozwijają swój potencjał, przekraczają granice komfortu i każdego dnia dążą do zbudowania najlepszej wersji siebie, dramatycznie zwiększasz swoje szanse na osiągnięcie swoich celów oraz zbudowanie wymarzonego stylu życia.

Myślę, że zdajesz sobie sprawę, że nasza kultura i wzorce społeczne nie sprzyjają wybitnym jednostkom, które odrzucają utarte ścieżki i wybierają alternatywną drogę. Dodatkowo…

…presja grupy i destruktywne oczekiwania społeczne mogą sprawić, że stracisz nakręceniu się w kółko mnóstwo cennego zasobu, jakim jest CZAS.

Krótko mówiąc…

…że nie osiągniesz wielkich rzeczy, działając, jako samotny wilk. Potrzebujesz konkretnego stada, które będzie Cię wspierać w chwilach zwątpienia oraz inspirować do ciągłego przekraczania własnych granic…

Żeby wzbić się na wyższy poziom w swoim rozwoju, przełamać swoje ograniczenia i rozwinąć skrzydła możesz wykoszystać potęgę Mastermindu.

Ostatnio założyłem pierwszą taką grupę z własnej inicjatywy. Niestety uświadomiłem sobie, że nie wystarczy skrzyknąć ludzi i czerpać korzyści ze spotkań…

…żeby wszystko działało sprawnie i efektywnie potrzebna jest przemyślana strategia, sprawdzona wiedza, odważne eksperymentowanie oraz gotowość  do zaangażowania.

 

Czym jest grupa Mastermind?

Pojęcie grupy Mastermind zostało ukute  przez Napoleona Hilla na początku 1900 w ponadczasowym dziele „Myśl i Bogać się. Podręcznik człowieka Interesu”.

Według autora grupa Mastermind to:

„Koordynacja wiedzy oraz wysiłku dwóch lub większej ilości osób, które działają w określonym celu, w duchu harmonii.”

W skrócie:

Jest to zorganizowana grupa ludzi (min. 3 – max.8), spotykająca się regularnie online lub w rzeczywistości, której członkowie wspierają się wzajemnie w realizacji celów, podejmowaniu wyzwań, pokonywaniu przeszkód, oferują sobie  nawzajem szczery feedback oraz tworzą potężną burzę mózgów.

Działalność grupy Mastermind skupia się zwykle w osiągnięciu sukcesu w jednym konkretnym celu, którym może być na przykład: przeniesienie biznesu na wyższy poziom, regularna nauka, nauka w inwestowanie w nieruchomości bądź przygotowanie się do pierwszego maratonu.

Każde spotkanie odbywa się według jasno określonej agendy, która jest kluczem do sprawnego i produktywnego przebiegu spotkania. Dodatkowo jeden z uczestników może zostać wyznaczony, jako „Strażnik czasu”, który jest odpowiedzialny za przebieg spotkania zgodnie z planem.

Potęga Mastermindu leży w implementowaniu i systematycznej egzekucji strategii. Mastermind to nie miejsce na owijanie w bawełnę, teoretyzowania „co by było, gdyby”, tylko na konkretne i mierzalne działanie, które daje jasne rezultaty.

Czym grupa Mastermind nie jest?

Grupą motywacyjną… Owszem, celem jest utrzymanie wysokiego poziomu motywacji w trakcie realizacji celów, ale większy nacisk kładzie się na konkrety.

Spotkaniem towarzyskim. Nie spotykamy się, aby pogawędzić i miło spędzić czas, ale żeby działać, przekraczać swoje ograniczenia i wymienać się cennymi spostrzeżeniami, które ułatwią to działanie.

„Klasą”. Twoja grupa może głosować, aby zaprosić gości lub nauczycieli, ale głównym celem powinno być wzajemne wsparcie, członków, którzy są na równym poziomie oraz burza mózgów.

 

Jakie korzyści daje Mastermind?

Jest ich wiele, a najważniejsze z nich to:

Podejmowanie lepszych decyzji. Podejmowanie znaczących decyzji nie zawsze jest łatwe, ponieważ brakuje Ci świeżego spojrzenia na . Uczestnicząc w spotkaniach, masz dostęp do sztabu darmowych doradców, którzy nie będą owijać w bawełnę i wskażą błędy, jakie popełniasz oraz z chęcią pomogą Ci rozwiązać dylematy decyzyjne.

Wsparcie zaangażowanej społeczności. Bądźmy szczerzy — praca nad sobą i celami nie jest łatwa. Możesz czuć się czasami przytłoczony i zniechęcony, szczególnie kiedy brakuje ci wsparcia ludzi, którzy zmagają się z tymi samymi wyzwaniami i doskonale Cię rozumieją twoją sytuację.

Dzielenie się wiedzą — pomoc. Najlepszym sposobem na naukę jest nauczanie innych. Dzięki temu naprawdę przekonujesz się, czy rozumiesz, czy tylko Ci się tak wydaje.

Przekraczanie granic. Otaczając się ponadprzeciętymi ludźmi, osiągającymi niezwykłe rzeczy, przełamujesz bariery swojego umysłu i zaczynasz myśleć na wielką skalę. Twoja drużyna pomoże Ci dostrzec potencjał, jaki w tobie drzemie i zniszczyć blokady w twoim umyśle.

Koncentracja na działaniu. Media, łatwa rozrywka i inne rozpraszacze są specjalnie zaprojektowane, aby pochłonąć twoją uwagę i „zatopić cię” w bezmyślnej bierności. Mastermind pomoże Ci trzymać się swoich celów i nie zbaczać z wyznaczonej drogi.

Kreatywność. Brakuje Ci pomysłów na działanie w biznesie? Chcesz zasięgnąć obiektywnego spojrzenia na swoje pomysły? Dzięki MM możesz zyskać potężne wglądy, które wyniosą twój biznes i osobiste życie na wyższy poziom. Kiedy grupa ludzi działa w harmonii na drodze do osiągnięcia celu, poziom inteligencji oraz kreatywności jest znacznie większy, niż suma pojedynczych jednostek w grupie – prawie jak magia…

 

Jak stworzyć niezniszczalną grupę?

To najważniejszy krok, determinujący skuteczność grupy, więc jeśli naprawdę zależy Ci, aby w pełni wykorzystać potęgę MM, przyłóż się do tego.

 

1.Wybierz typ grupy
Każda odnosząca sukcesy grupa Mastermind, ma jasno określony typ, który skupia się wokół wyzwania, jakie mają jej członkowie.

Grupy mogę przybierać różne formy, ale można wyróżnić ich 3 główne typy, z których najbardziej polecam pierwszą, ale możesz też wykorzystać połączenie.

Rozliczeniowo-celowa: Uczestnicy zobowiązują się przed sobą do realizacji swoich celów i rozliczają się z sukcesów lub porażek na każdym spotkaniu.

Biznesowa: Jej działanie koncentruje się na wyzwaniach i celach, z jakimi mierzy się każdy przedsiębiorca. Jest to szczególnie korzystna opcja, jeśli prowadzisz jedno-osobową firmę i czujesz się osamotniony w jej rozwijaniu. B

Tematyczna: Dotyczy dowolnego tematu, wokół którego koncentrują się spotkania. Może to być wychowanie dzieci, pielęgnowanie ogródka itp.

 

2. Zdefiniuj swoje oczekiwania, kluczowe zasady oraz sankcje.

Adekwatne oczekiwania są kluczowe, zarówno dla efektywności, jak i produktywności. Ważne jest też radzenie sobie w losowych trudnych sytuacjach, które są nieuchronne i mogę zaburzyć FLOW spotkań.

Zapisz fundamentalne zasady, czyli częstotliwość spotkań i wszystkie inne rzeczy, które są nie do negocjacji. Ustal też „kary” za nieprzestrzeganie zasad.

Być może brzmi to surowo, ale jest kluczowe dla zachowania odpowiedniej dynamiki grupy. Karą może być np. 30 pompek lub wpłacenie 10 zł fundację, której nie lubi dana osoba.

Zarówno reguły, jak i cel będą się kształtować w czasie pierwszych spotkań. Bądź elastyczny i otwarty na propozycje członków.

 

3. Znajdź i rekrutuj członków do drużyny.

Jest to kluczowy krok, ponieważ to, czy wybierzesz właściwych członków do swojego masterminda, determinuje sukces zarówno twój, jak i całej grupy. Dlatego poświęć temu jak najwięcej czasu.

Na początek wybierz 2-3 osoby i napisz do nich wiadomość. Potem będziesz dodawać nowych.

Jest kilka kryteriów, które musisz wziąć pod uwagę przy rekrutacji nowych członków:

Podobny poziom doświadczeń. Właściciel dobrze prosperującej firmy, będzie miał trudności z zaangażowaniem, jeśli reszta członków grupy to początkujący przedsiębiorcy i odwrotnie — komuś, kto dopiero zaczyna, będzie trudno zapewnić adekwatną wartość osobom, które mają o wiele większe doświadczenie.

Równowaga dawania i czerpania korzyści. Każdy członek powinien starać się zrównoważyć wartość, jaką wnosi do spotkań z pomocą, którą otrzymuje.

Podobne wartości, przekonania i etyka pracy.- Podobieństwo na tych obszarach znacznie ułatwia wzajemną komunikację oraz zrozumienie.

Brak rywalizacji — Otwartość i wymiana pomysłów nie będzie możliwa, jeśli w grupie pojawi się rywalizacja. Jeśli zaobserwujesz jej przejawy, natychmiast zwróć na to uwagę.

Poziom zaangażowania. – Żadna grupa nie przetrwa, jeśli ludzie nie będą skłonni do zaangażowania się na 2 wymiarach: obecności na spotkaniach oraz aktywności podczas spotkań.

Warto zadać kandydatowi kilka pytań, które przybliżą Ci jego osobę oraz pokażą, że bierzesz spotkania na poważnie:

  • Czy masz osobistą lub biznesową wizję? Jeśli tak to jaką?
  • Jakie są twoje główne cele na następne 3 lata?
  • Czy znajdziesz czas, żeby zaangażować się w regularne spotkania?
  • Dlaczego powinieneś zostać wybrany/-a do naszej grupy? Co możesz zaoferować?

Jeśli nie masz pojęcia, gdzie szukać odpowiednich ludzi, to poniżej znajdziesz kilka pomysłów:

  • Osobiście — wśród znajomych i przyjaciół.
  • Grupy w mediach społecznościowych.
  • Fora tematyczne
  • Kluby — Np. Toastmasters  to miejsce, gdzie z pewnością znajdziesz ambitnych ludzi, którym zależy na własnym rozwoju.
  • Szkolenia, warsztaty z rozwoju osobistego.

 

4. Ustal i zablokuj czas na spotkania.

To niezwykle ważne, aby ustalić stałą porę spotkań, do której dopasują się wszyscy członkowie. Ciągłe Dopasowywanie czasu spotkań do wymogów członków prowadzi do nieuchronnego rozpadu grupy.

Z jaką częstotliwością się spotykać?

Najbardziej efektywna forma to 1 raz w tygodniu, ale możesz też 2, lub raz na miesiąc.

Warto nie przekraczać czasu 60 minut, ponieważ z doświadczenia wiem, że po tym czasie ludzie zaczynają odpływać uwagą i się męczyć.

Jaki wybrać komunikator?

Skype oraz Google Hangouts sprawdzają się całkiem dobrze. Warto, aby uczestnicy mieli możliwość widzenia się przez kamerki. Dzięki temu każdy będzie skupiony na spotkaniu.

 

5. Ustal sposób komunikacji poza spotkaniami.

W celu podtrzymania relacji warto zaangażować się w komunikację poza spotkaniami. Może to być dowolny Czat, taki jak grupa na messengerze.

Jako twórca grupy staraj się też kontaktować z resztą członków w czasie pomiędzy spotkaniami, aby sprawdzić, jak im idzie realizacja zobowiązań.

 

6. Zacznij z petardą.

Już od samego początku wymagaj obecności — Zaangażowanie jest kluczowym czynnikiem, który determinuje trwałość i FLOW mastermindu.

Używaj konstruktywnej krytyki — dobrą techniką na dawanie feedbacku jest „oceniająca kanapka — na początku wymieniasz pozytywny, w środku co można poprawić i kończysz pozytywnym akcentem.

Bądź szczery do bólu — zachęcaj członków do tego samego, ponieważ szkoda tracić czasu na owijanie w bawełnę i wykrętne odpowiedzi.

 

Czy powinieneś być Facylitatorem grupy?
Facylitator to osoba, której zadaniem jest zbudowania zaufania w grupie, pomoc w ustalaniu celów oraz zarządzanie wyzwaniami, które się pojawią.

W przeciwieństwie do Coacha, trenera lub konsultanta, Facylitator MM jest na równi z resztą członków zespołu. Nie oznacza to, że musisz unikać wchodzenia w rolę eksperta, ale twoim priorytetem powinno być wyciągnięcie odpowiedzi wśród członków grupy.

Jeśli jesteś profesjonalnych trenerem rozwoju osobistego, masz pewne wyuczone sposoby komunikacji, które musisz zaadaptować do warunków mastermindu.

 

Zadaniem Facylitatora jest:

  • Uważny monitoring podejmowanych działań przez członków grupy
  • Komunikacja w trakcie przerw pomiędzy spotkaniami oraz sprawdzanie postępów w zobowiązaniach.
  • Pomoc członkom, zmagającym się z problemami.
  • Czujność na zmianę celów, jako ucieczkę od podejmowania akcji.
  • Asystowanie członkom w tworzeniu ambitnych celów.
  • Prowadzenie dyskusji podczas spotkań.
  • Rozwiązywanie problemów, które zagrażają funkcjonowaniu grupy.

 

Sukces twojej grupy mastermind jest zależny od Ciebie. Jako założyciel i prowadzący grupy jesteś odpowiedzialny za jej prawidłowe funkcjonowanie.

Na początku nie jest łatwo — sam cały czas się uczę i wiem, że popełniam dużo błędów. Mam jednak świadomość, że są one niezbędne do osiągnięcia celu.

 

Zacznij zbierać własną drużynę sukcesu już dzisiaj. 

 

 

7 prostych kroków do opanowania nowego języka…w 6 miesięcy

7 prostych kroków do opanowania nowego języka…w 6 miesięcy

Chcesz szybko nauczyć się nowego języka bez nużącego „wkuwania” i klepania formułek gramatycznych? Nie w dwa lata…a nawet nie w rok… ale w zaledwie 6 miesięcy? Brzmi to dla Ciebie jak totalne szaleństwo?  Jeśli to możliwe, to w jaki sposób tego dokonać? W dzisiaj poznasz skuteczne i proste wskazówki na poskromienie nowego języka zaskakująco szybkim czasie.

 

2 mordercze mity, które powstrzymują Cię przed zostaniem poliglotą

Niestety wokół nauki języków narosło wiele dziwnych i szkodliwych mitów, które powstrzymują Cię przed rozpoczęciem Twojej własnej przygody z nowym językiem.

Dlatego najpierw musisz sobie je uświadomić i zmienić swoje podejście o 180 stopni.

Pierwszym z nich jest błędne przekonanie, że do nauki języków potrzebny jest talent. Nierzadko objawia się  pod postacią przekonań: ” Nie mam głowy do języków!” lub „Nauka języków jest trudnaaaaaa….!”

Brzmi znajomo?

Przekonania te mogą mieć swoje źródło w początkowych latach szkolnej edukacji, gdzie często dzieli się dzieci na te „zdolne” oraz te „mniej utalentowane”. W wyniku tego nieświadomego zabiegu wiele osób nie tylko zniechęca się do nauki języka, ale też zaczyna darzyć  pogardą wszystko, co jest z nią związane.

Musisz uświadomić sobie, że bez względu na to ile masz lat oraz jaki masz obecnie poziom wiedzy, możesz opanować nowy język, tak by czuć się swobodnie w nim rozmawiać z ludźmi na całym świecie. Wbrew pozorom nie jest to luksus zarezerwowany tylko dla wybrańców, którzy zaczęli się uczyć od dziecka i są „zdolni”.

Nie potrzebujesz więc talentu, żeby odnieść sukces. Nie mówię, że talent się nie przydaje, ponieważ bez wątpienia czyni proces nauki łatwiejszym.

Jednak najbardziej kluczowym czynnikiem, który determinuje twoje zwycięstwo jest samodyscyplina. A jest to umiejętność, którą może wyćwiczyć każdy.

<Zobacz tutaj jak wypracować żelazną samodyscyplinę.>

Kolejnym budzącym grozę mitem jest pokładanie nadmiernej, wręcz ślepej wiary w tzw. emigracyjną immersję językową — czyli znajome szkolne porzekadło: „Proszę paniiii…po co mi ten angielski… pojadę do Anglii to się nauczę w 3 miesiące”.

Miałem szczęście obalić ten mit osobiście, kiedy dwa lata temu udałem się na „wakacyjną emigrację” w celu szybkiego zarobienia na studia. Co prawda mój Angielski był niezły, ale liczyłem, że podszlifuję swoje umiejętności w kontakcie z tubylcami.

Co więc okazało się po 3 miesiącach mrówczej pracy?

Mój Angielski byłby dokładnie na tym samym poziomie, co na początku, gdybym nie wymuszał interakcji z lokalsami, wdając się w przyziemne rozmowy. (W pracy nie było szans, bo sami Polacy.)

Tylko dzięki temu byłem w stanie trochę podłapać uliczny akcent, który nawiasem mówiąc, miał się do „szkolnego” Angielskiego tak jak szydełkowanie do biegów górskich ultra.

Nie mogę powiedzieć, że było to komfortowe, ale po jakimś czasie niepewnych podchodów pokonałem swoje lęki i zacząłem nawiązywać kontakty.

Nie wystarczy więc jechać do kraju z pobożną nadzieją, że dar biegłości językowej bez wysiłku zawita w naszym mózgu, zmieniając nas w native speakerów.

Niestety to mit, szczególnie kiedy nie zna się podstaw. Trzeba aktywnie słuchać, cały czas wystawiać się na dyskomfort oraz wykorzystywać nawet najmniejszą okazję do rozmowy.

Skoro już obaliliśmy dwa najbardziej popularne mity, to czas przejść do praktyki, czyli tego, co tygryski lubią najbardziej 🙂


Krok 1. Opanuj  1000 kluczowych słów

To dużo? Zapewne może tak Ci się wydawać na początku, ale jak się okazuje 1000 najczęściej używanych w Angielskim słów pokrywa aż 85% codziennej komunikacji! Z kolei 3000 słów pokrywa 98% codziennej komunikacji!

Według mnie najszybszym sposobem na opanowanie słownictwa jest metoda fiszek, o której pewnie kiedyś słyszałeś.

Ważna zasada: Nie staraj się zapamiętywać pojedynczych słówek — ucz się mówić naturalnie. Poznawaj słówka w kontekście, w którym występują, bo inaczej nie będziesz wiedzieć, jak i kiedy je używać.

Krok 2. Zacznij Mieszać!

Czy jesteś świadomy, że znając 10 podstawowych czasowników, 10 rzeczowników oraz 10 przymiotników możesz stworzyć 1000 możliwych zwrotów?

Wszystko, czego potrzebujesz to nieszablonowe podejście do nauki. Trenuj język na luzie, bez presji i samokrytyki. Niech będzie to dla Ciebie zabawa, podczas której uwalniasz swoją kreatywność.

Jeśli będziesz sfrustrowany, zdenerwowany lub zestresowany, to nic z tego nie będzie — mózg nie jest skłonny do współpracy w takim środowisku.

Zacznij mieszać i tworzyć swoje konstrukcje, dokładnie tak, jak robi to małe dziecko, które po raz pierwszy zaczyna używać języka. To nie musi być perfekcyjne — ważne, że działa!

Krok 3. Zanurz swój mózg – słuchaj!

Nie musisz rozumieć i zapewne nie będziesz na początku, ale nie przejmuj się. Dzięki słuchaniu języka zaczynasz oswajać się z dźwiękami, wzorami oraz rytmem języka. Po jakimś czasie zaczniesz wyłapywać dużo z kontekstu.

Możliwości się naprawdę duże: możesz słuchać podcastów, oglądać filmy na YouTube, słuchać radia — a wszystko to dowolnym języku. Pewnie jesteś świadomy, że internet daje ogromne możliwości, ale chcę Ci przypomnieć, że możesz, a nawet musisz to wykorzystać.

Krok 4. Używaj języka już od I dnia

Czy zastanawiałeś się, dlaczego szkolna edukacja jest tak mało skuteczna? Dlaczego po 9 latach zakuwania w szkolnej ławce większość ludzi nadal boryka się z płynnym mówieniem w obcym języku?

Odpowiedź jest prosta: Za dużo teorii — za mało praktyki.

I kiedy mówię o praktyce,  nie mam na myśli wypełnianie zeszytu ćwiczeń i rycie teorii czasów na pamięć.

Język służy do komunikacji i właśnie w ten sposób powinniśmy się go uczyć — rozmawiając z  ludźmi i wychodząc z „bańki komfortu.”

Dlatego używaj języka już od pierwszego dnia nauki. Musisz pozbyć się poczucia lęku przed porażką i ośmieszeniem się . Traktuj proces jako zabawę i popełniaj błędy, ponieważ to one są kluczem do skutecznej nauki.

Przykład z życia: W poprzednie wakacje, wraz z moim przyjacielem szwendaliśmy się po Norwegii autostopem. Znałem podstawowe zwroty Norweskiego, ale to wystarczyło, aby wywołać pozytywną  reakcję ze strony tubylców. Gdybym czekał, aż nauczę się Norweskiego do perfekcji, prawdopodobnie nigdy bym się nie odezwał ani słowem.

Krok 5. Znajdź mistrza

Zapewne jesteś świadomy, że możesz uczyć się przez Skype, nie wychodząc z domu. Nie mówię tutaj o „korkach” gdzie wkuwasz struktury gramatyczne i suchą teorię, w panice przed nadchodzącym egzaminem lub niezaliczeniem roku na studiach.

Mam na myśli rzetelne lekcje komunikacji, najlepiej metodą bezpośrednią, czyli skoncentrowaną na dynamicznej konwersacji w ok. 90% i w ok. 10% na teorii oraz gramatyce. 

Nauczyciel, który potrafi zarówno uczyć, jak i wspierać od psychologicznej strony jest na wagę złota.

Możesz też poszukać coacha językowego, który pomoże Ci pozbyć się blokad oraz wyznaczyć cele.

Ja nauczyłem się w ten sposób Angielskiego oraz Hiszpańskiego i mogę śmiało powiedzieć, że to bardzo wygodny i skuteczny sposób nauki.

Krok 6. Poszukaj partnera językowego

Partner językowy to osoba, z którą spotykasz się na Skype (lub innym komunikatorze) i ćwiczysz język. Działa to na zasadzie wymiany językowej. Ty uczysz go np. polskiego, a on Ciebie hiszpańskiego.

Przykładowa struktura takiego spotkania może wyglądać tak: 30 minut polski, 30 minut hiszpański.

Pewnie Cię nie zdziwi, że istnieją tuziny portali, które umożliwiają łatwe znalezienie takiej osoby do wzajemnej nauki. Osobiście korzystałem z MyLanguageExchange.com

Takie konwersacje z native speakerem są bezcenne, gdyż pozwalają na kontakt z naturalnym językiem.

Dodatkowy plus jest taki, że możesz nawiązać znajomości na całym świecie 🙂

Krok 7. Ćwicz mięśnie twarzy

Zawsze, kiedy chce nauczyć się podstaw nowego języka, zaczynam mówić i powtarzać na głos już od pierwszego treningu.

Nauka języka nie polega tylko na gromadzeniu wiedzy, ale też na konkretnym treningu mięśni twarzy.

Aby mówić sprawnie i płynnie określone mięśnie (jest ich 43!) muszą zostać wyćwiczone tak, aby nawykowo formułować nowe dźwięki.

Jeśli po treningu czujesz ból twarzy, to znaczy, że zmierzasz w dobrym kierunku.

3-tygodniowa strategia na błyskawiczny start

„Jak mam zacząć?” – pewnie zadajesz sobie to pytanie, jeśli czujesz się zmotywowany, chcesz podjąć wyzwanie i nauczyć się nowego języka w ciągu następnych 6 miesięcy. Przygotowałem dla Ciebie plan startowy, którym możesz się posłużyć, aby nabrać rozpędu.

Możesz go dostosować do własnych potrzeb, ale pamiętaj, że zawsze warto mieć jakiś plan.


 

Tydzień I — Pudełko z narzędziami.

Cel #1: Podczas pierwszego tygodnia opanuj podstawowe zwroty „wytrychy”, które umożliwią Ci dogadanie się nawet w najtrudniejszych warunkach.

  • Co to jest?
  • Jak to powiedzieć po…?
  • Nie rozumiem…
  • Możesz powtórzyć to wolniej…

Cel #2: Zacznij tworzyć swój pierwszy zestaw fiszek na quizlet.com. Idealna formuła na superskuteczną fiszkę to:

                                                                                źródło: www.quizlet.com


 

Tydzień II — kluczowe zaimki, popularne czasowniki, przymiotniki, rzeczowniki

Cel #1: Opanuj 10 kluczowych wyrazów z każdej grupy. To zaledwie 6 słówek dziennie! Po tygodniu będziesz znał już podstawy. Nie zapomnij o nauce w kontekście i powtarzaniu ich na głos w celu ćwiczenia mięśni twarzy.

  • Ty
  • To
  • Ja
  • brać
  • zimny

Cel #2: Poświęć 15 minut na zrobienie playlisty na YouTube, składającej się z interesujących Cię materiałów w języku, który chcesz opanować. Każdego dnia słuchaj przynajmniej przez 10 minut. (W ciągu miesiąca to 5 godzin słuchania żywego języka.)

Możesz to robić podczas jazdy do pracy, sprzątania lub biegania. Pamiętaj — nie ważne, że nie rozumiesz! To ćwiczenie ma na celu oswojenie Cię z dźwiękami oraz rytmem języka, a nie natychmiastowe zrozumienie komunikatu.

Cel #3: Poszukaj nauczyciela/mentora na Skype. Najlepiej, żeby była to osoba, która jest biegła w metodach skutecznej nauki.


 

Tydzień III – słowa łączące.

Cel #1: Opanować podstawowe słówka, które pozwolą Ci łączyć w złożone zdanie te, które już znasz.

  • ale
  • ponieważ
  • nawet jeśli
  • dlatego

Cel #2: Poszukaj partnera językowego na dowolnej stronie do wymiany językowej i ustal z nim stałą porę spotkań na dowolnym komunikatorze (polecam Skype)


Rozpocznij swoją ścieżkę poligloty już dziś!

Wykorzystując powyższe rady, będziesz w stanie dramatycznie przyspieszyć proces przyswajania nowego języka i zaledwie po 6 miesiącach czerpać wszystkie korzyści z jego znajomości.

Pomimo tego, że brzmi to optymistycznie, nauka w tak szybkim czasie nie jest dla każdego.

Jeśli nie jesteś gotowy, aby zainwestować czas oraz energię w proces, istnieje duże prawdopodobieństwo, że Ci się nie powiedzie.

Niemniej jednak…

Wierzę, że jesteś w gronie osób, którym zależy na zostaniu najlepszą wersją siebie i osiągnięciu swojego pełnego potencjału. Samo to, że czytasz ten artykuł, wskazuje na to, że chcesz od życia czegoś więcej, niż tylko funkcjonowanie na  trybie „domyślnym”.

Powodzenia!


7 zaskakujących aplikacji, z którymi skutecznie osiągniesz swoje cele. Poznaj potęgę grywalizacji.

7 zaskakujących aplikacji, z którymi skutecznie osiągniesz swoje cele. Poznaj potęgę grywalizacji.

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad skutecznym sposobem na połączenie zabawy i rozwoju osobistego?

W tym wpisie poznasz interesującą metodę, która może pomóc Ci zwiększyć twoją motywację, podnieść produktywność i samodyscyplinę oraz zbudować świetną kondycję – a wszystko to dzięki mechanizmom gier wideo.

 

Czym jest grywalizacja

Elementy grywalizacji, czyli — wyzwanie, motywacja i nagroda — były obecne w grach wideo od samego początku ich istnienia. Powstało wiele definicji, ale całą koncepcję można sprowadzić do jednego prostego zdania:

Jeśli zmienisz swoje życie w grę z cyfrowymi nagrodami za życiowe osiągnięcia, będziesz bardziej zmotywowany do realizacji swoich celów.

Drobne nagrody, które dostajesz  za sukcesy, budują nowe, pożądane przez Ciebie zachowania, które z czasem przekształcają się w trwałe nawyki. Z chwilą, kiedy nawyk zostanie utrwalony, wykonujesz go bez użycia siły woli – automatycznie.

Zgrywalizować możemy dosłownie każdy aspekt naszego życia, sprawiając, że nawet najnudniejsze i najbardziej wymagające czynności będą przynosić nam niezmierną frajdę.

Jeśli we właściwy sposób skorzystasz z tego, co oferuje grywalizacja, możesz wejść na całkiem nowy poziom życiowej skuteczności i wreszcie osiągnąć swoje małe i duże cele.

Bez zmuszania się, wewnętrznej walki i presji.

Jak wygląda to w teorii i praktyce?

 

Mechanizmy gier i motywacja

Aby zrozumieć, jak grywalizacja wpływa na nasze zachowania, musisz najpierw poznać źródło motywacji. Powstało wiele teorii starających się wyjaśnić, co motywuje człowieka do działania, ale w pigułce są to 3 kluczowe elementy:

Autonomia: Poziom twojej motywacji wzrasta wprost proporcjonalnie do poziomu autonomii. Kiedy jesteś w pełni odpowiedzialny za swoje działanie, twoja motywacja jest na najwyższym poziomie i w konsekwencji będziesz trzymać się swoich celów o wiele dłużej. 

Wskazówka: Brak autonomii dosłownie zabija motywację, dlatego, kiedy nie masz kontroli, postaraj się ją zwiększyć. Możesz to zrobić w prosty sposób: rób więcej, niż wymaga od Ciebie środowisko, nauczyciele, szef, klienci itd. 

Wartość: Im większe znaczenie ma dla Ciebie wybrany cel, tym większa szansa, że go zrealizujesz. Brzmi to logiczne, ale wiele osób o tym zapomina.

Wskazówka: Jeśli musisz zrealizować zadania, które nie ma dla Ciebie znaczenia, możesz nadać im własny sens. Osobiście staram się postrzegać nudne i nieproduktywne zadania, jako doskonałą możliwość do treningu siły woli, która jest uniwersalnym zasobem. Oznacza to, że zasoby siły woli zdobyte np. na pisaniu pracy dyplomowej, będę mógł wykorzystać do realizacji znacznie istotniejszych dla mnie celów.

Kompetencje: Poświęcając dowolnej aktywności coraz więcej czasu, stajesz się w tym coraz lepszy, i w konsekwencji zyskujesz wysokie poczucie kompetencji. Twoja motywacja wzbija się wtedy w kosmos.

Wskazówka: Kiedy chcesz nauczyć się czegoś nowego, rozwiązanie jest proste — po prostu to rób! Ucz się na błędach. Przykład z życia: Ponad rok temu chciałem usprawnić swoje ciało przy pomocy ćwiczeń z yogi. Postanowiłem więc, że zrobię 30-dniowe wyzwanie na You Tube. Dzięki temu codzienne ćwiczenia stały się moim nawykiem, który daje mi poczucie energii i witalności każdego dnia.

 

Dodatkowym źródłem motywacji jest rywalizacja z innymi graczami. Niektóre osoby mają rywalizację we krwii i jest to ich największym motywatorem, z kolei inni, jej nie znoszą. 

Osobiście staram się rywalizować tylko z jedną osobą — wczorajszą wersją siebie 🙂 

Powyższy schemat ukazuje, na jakie elementy związane z wewnętrzną motywacją oddziałuje grywalizacja.

(Ogólnie mówiąc, psychologia rozdziela motywację na dwa typy: wewnętrzną oraz zewnętrzną. Zewnętrzna pochodzi od takich czynników jak uznanie lub pieniądze, natomiast wewnętrzna z tego, co sprawia nam frajdę).

 

Co dzieje się w mózgu

Mechanizmy gier wypływają na twój mózg na poziomie neuronalnym. Oto dwa podstawowe fakty, które warto znać:

Dopamina jest hormonem, który jest wydzielny przez mózg w trakcie doznawania przyjemności, takiej jak np. nagrody. Jest ona swego rodzaju mózgową wersją marchewki. Im więcej celów osiągasz, tym więcej dopaminy się wydziela i ostatecznie łatwiej jest ci się motywować do określonych zadań.

Grywalizacja koncentruje się na zapewnianiu graczom ciągłej stymulacj, przez zapewnianie cyfrowych nagród, dzięki czemu są oni skłonni do powtarzania określonych zachowań.

Ekscytacja i dreszczyk emocji podczas rozgrywki są zwykle wywoływane przez Endorfiny, zwanymi też hormonami szczęścia. Są to naturalne substancje produkowane przez mózg, które pomagają skuteczniej zarządzać stresem oraz zmniejszyć percepcję bólu. W skrócie: sprawiają, że łatwiej cieszyć się życiem.

 

 Zgrywalizuj swoje życie już teraz

Obecnie istnieje szereg płatnych i bezpłatnych aplikacji oraz programów, które pozwolą Ci zmienić dowolny obszar życia w ekscytującą rozgrywkę. Większość z niżej przedstawionych wyprobowałem osobiście, ale  miej na uwadze, że mechanizmy, na których są zbudowane mogą mieć zupełnie inny wpływ na Ciebie.

 

 Ogólna Produktywność – Habitica RPG

 

aplikacja do grywalizacji

 

Habitica jest grą RPG (role-playing game), w której tworzysz własnego awatara i rozwijasz go, wykonując nawyki, codzienne cele oraz listę D0-zrobienia. Możesz walczyć z potworami w zespole przyjaciół, zdobywać nowe przedmioty dla swojej postaci, złoto i nagrody. Przyjemny design gry oraz mnogość opcji zapewniają doskonałą zabawę połączoną z rozwojem.

  • Na samym początku warto ustalić sobie 2-3 łatwe nawyki i postanowienia, aby nie nałożyć na siebie zbyt dużej presji. Testując aplikację, wziąłem na siebie zbyt wiele i odniosłem porażkę.

Poznaj mój sposób na potworną produktywność.

 

Ogólna Produktywność – LifeRPG

 

grywalizacja

 

LifeRPG  jest doskonałym wyborem, jeśli zależy Ci na personalizacji systemu gry pod własne potrzeby. Aplikacja umożliwia tworzenie własnych misji,  systemu nagród oraz dodawanie i rozwijanie pożądanych umiejętności. Za realizację misji zyskujemy punkty doświadczenia, wzmacniające nasze umiejętności oraz diamenty, które możemy wymienić na ustaloną wcześniej nagrodę.

  • Na początku potrzeba trochę czasu, aby odpowiednio skonfigurować system pod własne wymagania, ale gdy wszystko zaczyna śmigać, wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.
  •  Jak narazie brakuje w niej możliwości dzielenia się misjami z innymi graczami oraz rywalizacji.

 

 

Aktywność fizyczna –  Zombies, Run!

 

grywalizacja fitness
http://cdn1.alphr.com/sites/alphr/files/2017/05/zombies_run_running_app_fitness.jpg

 

Chcesz zostać bohaterem w świecie opanowanym przez hordy nieumarłych i przy okazji zbudować spartańską kondycję? Jeśli tak, to gra Zombies, Run! jest dla ciebie.

Jak to działa?

Biegasz ze słuchawkami, słuchając muzyki, a w przerwach uczestniczysz rozwijającej się dramatycznej historii, której jesteś bohaterem. Akcja rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie, w którym każdego dnia toczy się walka o przetrwanie.

Aplikacja bardzo przypadła mi do gustu, ponieważ niezwykle urozmaica bieganie i sprawia, że nawet ta trasa, którą przebiegłem wcześniej setki razy, wydaje się fascynująca.

Dzięki niej odkryjesz bieganie na nowo, jako postapokaliptyczny posłaniec, od którego zależy życie ludzi.

  • Aplikacja jest obecnie dostępna tylko w wersji angielskiej.
  • Doskonała zarówno dla żółtodziobów, jak i starych wyjadaczy, którzy wpadli w rutynę.

 

Zdrowie mentalne – Mindbloom

 

grywalizacja
https://d2c2hl2l09jgri.cloudfront.net/media/home/img/lifegame-gallery/Actions-Large.png

 

Mindbloom pozwala na monitorowanie nastroju oraz identyfikowanie stresorów w twoim życiu.

Jak to działa?

Na samym początku dostajesz drzewko, którego każda gałąź reprezentuje inny, istotny dla Ciebie obszar  życia.

Aplikacja nagradza Ci za robienie rzeczy, które odżywiają każdą z gałęzi. Może to być dbanie o swoje zdrowie, relacje, finanse — może to być cokolwiek co „zawiesisz” na swojej gałęzi.

  • Dostępna jest tylko wersja Angielska.

 

Zobacz jak skutecznie radzić sobie z trudnymi emocjami za pomocą 3 mało znanych sposobów.

 

 

Motywacja – SuperBetter

 

grywalizacja
https://www.imedicalapps.com/wp-content/uploads/2015/12/FI_SuperBetter.jpeg

 

Super Better rozbija duży Twój duży cel w fascynującą podróż, podczas której możesz pokonać złe nawyki oraz zbudować odporność psychiczną.

Pozwala Ci monitorować twój fizyczny, mentalny oraz emocjonalny rozwój, oferując zachęcające nagrody oraz odblokowując nowe wyzwania do pokonania.

Tutaj możesz zobaczyć interesującą przemowę autorki aplikacji.

 

 

Obowiązki domowe Chore Wars RPG

 

grywalizacja

 

Jeżeli podobnie jak ja, nie znosisz tracić czasu na sprzątanie, ten skromny RPG jest dla Ciebie. Gra pozwala na stworzenie własnej postaci i uformowanie drużyny z innymi domownikami. Waszym zadaniem jest zbieranie „punktów” doświadczenia za wykonywanie prac domowych.

Teraz nawet podłe czyszczenie toalety zamieni się w niezapomnianą przygodę, którą pieśniarze będą wyśpiewywać po wieki.

  • Aplikacja jest dostępna tylko w wersji webowej i nie jest już oficjalnie wspierana, mimo to nadal dobrze spełnia swoje funkcje.
  • Design jest trochę przestarzały i na terenie Europy nie można wykupić wersji premium.
  • Szczególnie przydatna, aby w kreatywny sposób zachęcić dzieci do sprzątania.

 

Bonus: Samodyscyplina – Program Rozwoju Best You

 

grywalizacja

 

Postanowiłem przedstawić tę aplikację jako bonus, ponieważ jest dla mnie czymś więcej, niż zwykłym narzędziem do grywalizacji.

Jest to potężne i kompleksowe narzędzie, które dosłownie masakruje odkładanie spraw na później i przeciętność, uwalniając twój pełny potencjał.

Ten program jest dla Ciebie, jeżeli masz już dosyć niepowodzeń w swoim życiu i zamiast dążyć do najlepszej wersji siebie, stoisz w miejscu lub się cofasz.

Pomoże Ci zbudować żelazną samodyscyplinę w ciągu 10-miesięcznego treningu,  w trakcie którego będziesz prowadzony przez proces za rękę, krok po kroku. Jego autem jest minimalizm oraz wiedza poparta naukowo.

Mogę z czystym sercem stwierdzić, że zmienił on moje życie na lepsze w naprawdę wielu aspektach.

  • Zapisy do najbliższej edycji programu odbędą się w kwietniu 2018 roku.
  • Do programu zapisało się już ponad 1000 osób (w tym ja).
  • Największa korzyść: Minimum teorii, maksimum praktyki.

Kliknij tutaj, aby poznać sprawdzone sposoby na spartańską samodyscyplinę

 

 

Czy powinieneś spróbować grywalizacji?

Podsumowując, grywalizacja wzbudza naszą wewnętrzną motywację, pomaga realizować cele oraz sprawia, że rozwój osobisty staje się zabawą, ale pamiętaj…

Nie przekonasz się, czy działa dla Ciebie, dopóki nie sprawdzisz w praktyce. Nie musisz grywalizować wszystkiego w swoim życiu, wystarczy, że na początek wybierzesz jedną technikę/aplikacje, która wydaje Ci się interesująca i poeksperymentujesz z nią przez kilka tygodni. Miej na uwadze, że…

…nie jest to magiczny środek, który sprawi, że wykona całą pracę za Ciebie. Jeśli nie chcesz wprowadzić zmian w swoim życiu i wejść na wyższy poziom w swoim życiu, żadna aplikacja, program, czy technika Cię do tego nie zmusi.

 

Pobierz wybraną aplikację już teraz
i zostań bohaterem swojego życia!

 

 

 

Zobacz też

 

 

 

 

Nie szukaj swojej pasji!

Nie szukaj swojej pasji!

Najsmutniejsi ludzie, jakich w życiu spotkałam, to ci, którzy nie interesują się niczym głęboko. Pasja i zadowolenie idą ze sobą w parze, a bez nich każde szczęście jest wyłącznie chwilowe, nie ma bowiem bodźca, który by je podtrzymywał. Nicholas Sparks – I wciąż ją kocham

 

Pozwól, że na początek zadam Ci kilka pytań…

 

  • Czy zawsze chciałeś nauczyć się nowej umiejętności, lecz nie nie wiedziałeś się jak się do tego zabrać?
  • Czy Twoje próby opanowania czegoś trudnego kończyły się zwykle porażką?
  • Podziwiałeś ludzi, którzy są postrzegani jako niezwykle utalentowani i robią ogromne postępy w swoich dziedzinach i myślałeś jak wspaniale byłoby mieć ich talent? 
  • Czułeś się beznadziejnie myśląc, że nie posiadasz żadnego talentu i ciekawej pasji?

 

Jeśli twoja odpowiedź na chociaż jedno pytanie brzmi TAK, to ten wpis jest dla Ciebie. Kilka lat temu sam byłem w podobnej sytuacji. Miałem wiele zainteresowań, ale nie wiedziałem jak mogę je rozwijać, przez co stałem w miejscu. Kiedy oglądałem na YouTube wyśmienitych gitarzystów moja motywacja do ćwiczeń natychmiast spadała, a ja myślałem  sobie, że osiągnięcie takiego poziomu jest dla mnie niemożliwe. Miałem wiele przekonań, które powstrzymywały mnie przed systematycznym treningiem i do dzisiaj zastanawiam się, jakie było ich źródło. Być może był to destrukcyjny perfekcjonizm, który męczył mnie przez wiele lat, uniemożliwiając rozwój lub zwykły brak systematyczności.

Jednak teraz, po latach, stwierdzam, że tkwiłem w pewnej mentalnej klatce, która mnie ograniczała i sprawiała, że mój rozwój zainteresowań i budowanie pasji, był jak jazda na hamulcu ręcznym. Kiedyś oglądając pewien filmik, poznałem receptę na zbudowanie swojej pasji i zrozumiałem jakie błędy popełniałem.

 

Wszystkiego uczymy się przez ćwiczenia. Zaczynacie z maleńką iskierką – cała reszta zależy od tego, czy uda się wam sprawić, by ta iskra nie zgasła. Trzeba ją rozniecić i pielęgnować.  Phillip Butah – Graficzna Podróż

 

 

Nie szukaj, zbuduj

 

Wierzę, że pasji się nie odnajduje, jak się powszechnie uważa, ale  świadomie buduje, przez ciężką, systematyczną pracę i odważne eksperymentowanie.  Moje postrzeganie pasji  wywróciło się  do góry nogami i  zacząłem się zastanawiać  ZA CO SIĘ TERAZ ZABRAĆ?  Skoro przecież mogę nauczyć się wszystkiego na satysfakcjonującym dla mnie poziomie, nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozwinąć się na obszarach, które zawsze budziły mój lęk i których unikałem jak ognia — Na przykład w przemawianiu publicznym.

W naszej kulturze przecenia się znaczenie talentu, nie doceniając tym samym wysiłku i pracy, jaki jednostka wkłada w opanowanie danej umiejętności. Kiedy kilka lat temu rysowałem portrety na zamówienie reakcje otaczających mnie osób  były zwykle jednoznaczne – „Ale masz talent!”. Mało kto zdawał sobie sprawę, ile godzin ćwiczeń, potu i frustracji stało za końcowym efektem moich prac. Aby narysować  ludzką głowę z „wyobraźni” musiałem narysować kilkaset straszliwych kreatur wcześniej i popełnić wiele błędów. Widząc końcowe efekty nie zdajemy sobie sprawy ile dana osoba  musiała poświęcić, aby osiągnąć zamierzony rezultat. Ostatecznie łatwiej jest powiedzieć, że ktoś ma talent i nic nie robić. Chronimy w ten sposób nasze poczucie wartości — łatwiej jest sobie wmówić, że nie ma się „słuchu muzycznego,” niż chwycić za gitarę i codziennie trenować.

Oczywiście możemy mieć pewne predyspozycje genetyczne do rozwoju w określonych dziedzinach i warto wziąć je pod uwagę, ale myślę, że nie warto przyklejać sobie łatek w stylu „jestem humanistą,” albo „mam ścisły umysł”, ponieważ wtedy odcinamy się od wielu innych możliwości.

Dzisiaj pragnę ukazać Ci przepis, który  pozwoli Ci wziąć odpowiedzialność za swoje rozwój swoich umiejętności oraz tworzenie pasji.
Jeśli więc masz dość swojego narzekania, że nie masz talentu i pragniesz nauczyć się dowolnej umiejętności, która być może stanie się twoją pasją, to przepis prezentuję poniżej. Ale uwaga! Jeśli nie zamierzasz podjąć REALNEGO DZIAŁANIA to NIE CZYTAJ! – szkoda twojego czasu, będziesz miał tylko złudne poczucie, że działasz.

Jeśli natomiast jesteś gotów poznać przepis na sukces i osiągnąć swój pełny potencjał, kliknij przycisk poniżej: 

 

DECYDUJĘ SIĘ ZBUDOWAĆ SWOJĄ PASJĘ!

 

Bieganie nauczyło mnie, że oddawanie się pasji jest ważniejsze niż sama pasja. Daj się czemuś pochłonąć bez reszty, włóż całe serce; doskonal się i ćwicz, nigdy się nie poddawaj — właśnie na tym polega spełnienie. To jest prawdziwy sukces. więcej Dean Karnazes – Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości

 

Błoto, pot i błyskawice, czyli bieg górski 80 km

Błoto, pot i błyskawice, czyli bieg górski 80 km

12 sierpnia wziąłem udział w niezwykłym wydarzeniu, które zapisało się w mojej pamięci w „folderze” „Dla takich chwil żyję”.  Chudy Wawrzyniec, bieg górski na dystansie 80+ km w Beskidzie Żywieckim, to nie tylko morderczy wysiłek, błotniste podejścia i karkołomne zjazdy, lecz także wspaniali ludzie, inspirująca atmosfera oraz brutalna droga to poznania prawdziwego,  odartego z fasad, siebie. Usiądź więc wygodnie w fotelu i posłuchaj epickiej opowieści o zmaganiach z niszczycielskimi żywiołami, wspólnym pokonywaniem słabości oraz niezapomnianej przygodzie.

 

Z burzy zrodzeni

 

  O godzinie 4.04 ponad pięciuset nieustraszonych śmiałków, którym niestraszne są cierpienia, wystartowało z Rajczy, rozpoczynając tym samym swoją osobistą walkę. Wśród  tego zacnego plemienia Ultrasów miałem zaszczyt znaleźć ja — Żółtodziób, który miał nadzieje dotrzeć do mety w jednym kawałku. Był to mój pierwszy bieg na tak spartański dystans i  zgodnie z radami starych wyjadaczy oczekiwałem najgorszego. Pomimo solidnego przygotowania  miałem obawy jak moje ciało zareaguje na taką katorgę. Po otrzymaniu błogosławieństwa od Arcykapłanów obrzędów, Krzyśka i Magdy, ruszyliśmy w ciemność, pozostawiając cywilizację za sobą.

  Już na samym początku natura pokazała kto rządzi na szlaku. Horyzont rozbłysł, targany jasnymi błyskawicami, których piękno było zarówno zniewalające, jak i przerażające. Chwilę po tym miała nadejść pierwsza z wielu ścian ulewnego deszczu, który w kontakcie z ziemią miał przeistoczyć się w błotniste utrapienie dla uczestników. Ciężkie kłęby chmur kotłowały się przed nami, a ja ze zgrozą uświadomiłem sobie, że zaraz wbiegnę prosto w rozpętaną zamieć. Znalazłszy się na odsłoniętych od drzew ścieżkach po ok. 20 km biegu, instynktownie wzdrygałem się i biłem czołem w błoto za każdym razem, kiedy piorun trzaskał tuż niedaleko. Nawałnica nękała nas systematycznie przez wiele kilometrów napierania, rzucając spazmatycznie strugami lodowatego deszczu oraz garścią śmiercionośnych grzmotów, które fartownie dla nas, chybiały celów. Mój dziki entuzjazm stopniowo wygasał wraz z każdym stawianym krokiem, lecz wytrwale człapałem do przodu, mając w pogardzie pogodowy chaos i powtarzając sobie w myślach, że to mój burzowy chrzest…Ta myśl dodawała mi sił.

Dzikie piękno Beskidzkiej panoramy (Autor: Piotr Dymus )

Szlaki odludnego pogranicza i poczwary z Czeluści

  W końcu przestaje padać, lecz wokół nadal utrzymują się gęste opary mgły, uniemożliwiające kontemplację widoków. Sponiewierany i upokorzony przez matkę naturę dołączam się do dwóch biegaczy, sunących przede mną niczym zjawy. Biegniemy razem wąską, leśną ścieżką przez kilka kilometrów,  zostawiając za sobą popękane niebo.

  Po raz kolejny potwornie bagniste grzęzawisko usiłuje pochłonąć mojego buta wraz z nogą i jej właścicielem. Jestem przemoczony do suchej nitki, a mój jedyny cel to dotrzeć do najbliższego punktu żywieniowego, aby  doładować akumulatory i walczyć dalej. Mknący przede mną pielgrzym potyka się i w akompaniamencie plusków jedzie na tyłku w dół zbocza, zatrzymując się z kretesem na jakimś łaskawym korzeniu. Zaczynam bardziej uważać gdzie stawiam kroki…

  Po drodze z punktu odżywczego, gdzie zamarudziłem nieco dłużej, niż planowałem przez perturbacje żołądkowe,  spotykam Marcina, który zostaje moim wiernym kompanem do końca piekielnej pielgrzymki. Niczym dwaj dzicy barbarzyńcy przemierzamy leśne dukty, gardząc bólem i zawiesistą mgłą, aż do czasu, kiedy nadchodzi punkt decyzji — powłóczyć się jeszcze przez 10 km i zakończyć przygodę na 55 km, czy szarpnąć się na bolesne 80 km, wybierając tym samym dobrowolne cierpienia i katusze. Marcin wybiera długi dystans, więc ja bez namysłu podążam za nim. Nie poddam się! Nie po to katowałem swoje ciało przez ostatnie cztery księżyce. Chwilę potem spotykamy przed sobą niemalże pionową ścianę pokrytą wodospadem lodowatej, śliskiej brei. Skończyło się rumakowanie i beztroskie pogańskie zbiegi. Nie pozostaje nic innego jak tylko rozpocząć mozolne pełzanie w górę, w nadziei, że nie zjedzie się na tyłku w bezdenną, mglistą otchłań. Sponiewierane buty odmawiają mi posłuszeństwa, sprawiając, że każdy krok jest walką o przetrwanie. Mijam kolorową postać, która w zacięciu godnym himalaisty, pnie się pod paskudną stromiznę. Ze zgrozą spoglądam jej w oczy i widzę pustkę, zupełnie tak, jakby góra wyssała z niej duszę, pozostawiając pustą, mechaniczną skorupę…

  Na szlaku wzdłuż słupków granicznych zrobiło się tak jakby ciszej. Mam wrażenie, że wszyscy oprócz mnie i mojego partnera  zostali wessani przez bagienne mokradła i słuch po nich zaginął. Cisza na szlaku przerywana niepokojącymi mlaśnięciami kroków zaczyna coraz bardziej działać mi na nerwy, uświadamiając mnie, że zapuszczamy się coraz głębiej w mroczy, nieprzyjazny bór, gdzie zaległy pierwotne złe moce Beskidu.

  Przecieram zalane potem oczy i widzę, majaczące się przed nami rozmyte kształty, wyłaniające się z białej mgły. Zmęczenie i dezorientacja sprawiają, że przez kilka uderzeń serca przerażająca myśl dudni  echem we wnętrzu mej czaszki — Niewyraźne sylwetki przypominają mi wygłodniałe ludzkiego mięsa poczwary, które czyhają na bezbronnych, niczego nieświadomych burzowych pielgrzymów. Na szczęście z chwilą, w której się do nich zbliżamy, majaki rozwiewają się w nicość, ukazując plecy naszych współplemieńców. Jeden z  nich do nas dołącza  i  razem jednoczmy się w zmaganiach, tworząc wygłodniałą mety watahę…

„Niczym dwaj dzicy barbarzyńcy przemierzamy leśne dukty, gardząc bólem i zawiesistą mgłą […]”  (Autor: Karolina Krawczyk)

Stojąc u bram Arcyłgarza

  Ból przeszywa moje kończyny, przypominając, że to już 52 kilometr zaciekłej gonitwy. Odklejam zmęczony wzrok od brejowatej ścieżki, spoglądając przed siebie i  serce podchodzi mi do gardła, a ręka z żelem energetycznym zamiera mi w powietrzu. Przez kilka uderzeń serca jestem przekonany, że zbłądziliśmy z gościńca i stoimy przed bramami Mordoru, Krainy Ciemności… Moje udręczone zmysły rejestrują  okraszone tuzinami zabójczo śliskich kamieni i zbryzgane potokami toksycznej brei, stromiste zwałowisko, którego grań niknie złowieszczo w kłębach ciężkiej mgławicy i szponiastych gałęziach drzew. Przełykam głośno ślinę, kierując przekrwione ślepia na swoich towarzyszy. Ich blade twarze, wykrzywione w srogim spazmie cierpienia i trwogi, wyrażają iskierkę determinacji, która wystarcza, aby dodać mi siły. W jednej krótkiej chwili zdaję sobie sprawę, że piętrzący się przed nami niesławny Oszust, zyskał godnych siebie przeciwników… Wiem, że nie poddamy się bez walki, choćbyśmy mieli sczeznąć na skarpach tej diabelnej hałdy. Po kilku głębokich oddechach stawiam pierwszy zdesperowany krok na drodze ku swemu przeznaczeniu…

Ognista warta

Potwornie znękani i przeżuci przez bezduszną pochyłość, ale wciąż niepokonani, docieramy na diabelny szczyt. Wartownicy, ogrzewający się przy płomiennym stosie niespokojnie podnoszą się z posłań. Widząc trzy zmierzwione, pokryte do pasa mułem, zgarbione stwory o krwistych ślepiach,  wahają się, czy uciekać, czy dobyć oręża i walczyć. Wydaję z siebie ochrypły głos, żeśmy są śmiertelnicy, nie dziwotwory i ich niepewność znika w mgnieniu oka. Po chwili grzeję zbielałe od wody dłonie, przy jedynym w promieniu stu kilometrów źródle ognia. Zmuszam się, żeby gnać dalej.  Uparcie pocieszam się myślą, że najgorsze piekło za nami…

Przez Przełęcz Ocalonych i  Gromowładne Wierchy Zapomnienia

Umorusani i wycieńczeni, ale wciąż toczący zaciekłą batalię, dostajemy się do przełęczy Ocalonych, gdzie czekają na nas życzliwie tubylcze plemiona ze stołami pełnymi sytego jadła i życiodajnych eliksirów. Bez ich pomocy przełęcz ta zostałaby zapewne ochrzczona mianem Przełączy Czaszki. Siadam na ławce i rozkładam sfatygowaną mapę, która wskazuje, że na naszej ścieżce ku chwale sterczą jeszcze trzy Gromowładne Wierchy Zapomnienia, które jak głoszą legendy, wysysają witalność i siły mentalne pielgrzymów, prowadząc do postradania zmysłów.

– Jeśli Arcyłgarz nas nie zniszczył, nic tego nie dokona! – mówię krzepko swojemu kumowi, lecz wypowiedziane słowa brzmią mizernie i są dlań marną pociechą.

Moje nader optymistyczne stwierdzenie brutalnie konfrontuje się z rzeczywistością, kiedy stajemy na szczycie pierwszego z Wierchów, a ja czuję jak żelazna szpila przeszywa mój staw kolanowy, czyniąc kończynę bezużytecznym kawałkiem mięsa i kości. Wydobywam z sakiewki odpowiednie  smarowidło — specyfik na poharatane przez Beskidzie Szlaki Członki. Boski balsam działa cuda i mogę kuśtykać dalej.

…Ostatnie 15 km…Czuję jak w moich żyłach krąży adrenalina i wzburzone endorfiny. Ze zdumieniem odnajduję w sobie nowe pokłady energii i z powłóczącego kulasami leśnego umarlaka, przeistaczam się w żądnego krwi wojownika, który niczym wygłodniały wilk na polowaniu, mknie przez mgły północy. Oddzielam się od mojego wiernego kompana i lecę jak rusałka, mijając kilku umęczonych, burzowych tułaczy, których nieobecny wzrok błądzi po niekończącym się szlaku.

Ostatni Wierch, zwany Halą Lipową i potem już w dół, ku zwycięstwu i wiecznej, nieśmiertelnej chwale. Patrzę za siebie i widzę swojego druha, który z zacięciem dzielnie mnie ściga. Wbiegam na ostatni szczyt gdzie widzę pokaźną oberżę, która kusi, żeby zawitać do środa i spocząć przy krzepiącym płomieniu paleniska. Odrzucam od siebie natrętne myśli o smacznej strawie i kuflu piwa i niestrudzenie mknę dalej…

Ostatnie kilometry — Pod maską tego szaleńczego uśmiechu kryje się bolesny grymas zmagań z własnymi słabościami…  (Autor: Karolina Krawczyk)

Ostatnie ścieżki. Inicjacja dobiega końca…

– Ból przemija, chwała pozostaje… Głowa umiera ostatnia… – Słowa te stają się moją mantrą przez kilka ostatnich kilometrów, kiedy każdy krok jest jak stąpanie po rozżarzonym węglu. Samotnie posuwam się do przodu, wypatrując śladów cywilizacji, którą przed trzynastoma godzinami beztrosko porzuciłem. Śnieżnobiałe wstążki, znaczące szlak, stają się moimi wiernymi towarzyszkami — Wskazują drogę do wybawienia i triumfu nad bólem oraz niszczycielskimi siłami natury.

Wbiegam w dziewiczy zagajnik i moim oczom ukazuje się szyld z lśniącym napisem „2 KM”. Patrzałki mam mokre od łez, albowiem  wiem, że pokonałem siebie. Nie pozwoliłem, żeby ból mnie powstrzymał, ujarzmiłem go, stałem się jego Panem. Niczym ogar na polowaniu, który wyczuwa łowną zwierzynę, ja  wyczuwam  woń mety, która po chwili ukazuje się tuż za zakrętem. Uszy łowią plemienne, rytualne bębny, których hipnotyczne dudnienie narasta wraz z każdym stąpnięciem moich obolałych kończyn…

W akompaniamencie oklasków i rytualnych okrzyków docieram do kresu swojego człowieczeństwa, nieznośnego bólu i wycieńczenia, kończąc tym samym swoją heroiczną pieśń. Podnoszę dumie głowę, będąc świadom, że pomyślnie przeszedłem rytuał inicjacji.  Widzę znajome twarze. Tomek, ultras o fizjonomii prawdziwego Wikinga oraz Arcykapłanka Magda podchodzą, witając mnie w plemieniu.  Jestem teraz pełnoprawnym członkiem wyjątkowego plemienia Ultrasów i nic ani destrukcyjne tajfuny, ani okrutne gejzery błotnistej brei, ani oszukańcze zwały krętych górotworów mi tego mi nie odbiorą…

Kładę swoje umęczone ciało na składanym fotelu i wypatruję znajomych twarzy pielgrzymów, którzy towarzyszyli mi w mrocznej wędrówce przez doliny śmierci i przeklęte wzgórza. Pojawiają się jeden po drugim, równie wniebowzięci, jak i zmordowani. Nasze oczy spotykają się w milczącym porozumieniu, celebrującym tę niezwykłą chwilę chwały i zwycięstwa.

 

Oficjalnie członkiem plemienia 🙂     (czas ukończenia: 13h 51 m. Ponad 140 osób porwało się na trasę 85 km).

 

Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi. Anonim

 

– Norwegia bardzo droga! Nie da się podróżować autostopem! Tam się boją brać autostopowiczów! – To tylko niektóre z wielu mitów, które wraz z przyjacielem obaliliśmy, pokonując autostopem dystans ponad 700 km  i wędrując ponad 100 km szlakami niesamowitych parków narodowych. 16 dni prawdziwej przygody, która zmieniła moje podejście do podróżownia.

W tym wpisie przedstawię najważniejsze chwile naszej podróży z mojego punktu widzenia. Nie jestem w stanie zmieścić doświadczeń w jednym poście, tak aby był on przyjazny w odbiorze, dlatego wybiorę te, które były najbardziej niezwykłe. Mam szczerą nadzieję, że wpis ten zainspiruje Cię do własnej podróży autostopem. Miłej lektury!

 

Pierwsze spotkanie z tubylcami

Zaraz po wylądowaniu na lotnisku Oslo Sandefjord Torp, które jak się okazało w przeddzień wylotu znajduje się ponad 100 km od centrum miasta, naszym oczom ukazał się malowniczy, wiejski teren. Podczas wędrówki w kierunku autostrady w celu złapania pierwszego stopa, podziwialiśmy dziewicze pola oraz urocze farmy. Byłem niezwykle podekscytowany epickim wyzwaniem, jakie przed sobą postawiliśmy — Przejechać autostopem z Oslo do Trondheim, zahaczając o największe parki narodowe, zasmakować dzikiej przyrody oraz zdobyć najwyższy szczyt  Norwegii i całego półwyspu skandynawskiego — Galdhøpiggen (2469 m n.p.m).

Pierwszy stop, jakiego złapaliśmy był jednym z najszybszych podczas całej naszej wyprawy. Przechodząc przez rondo, usłyszeliśmy dźwięczne „yahooo!” wydobywające się z uchylonego okna mijającego nasz pojazdu, który po chwili zjechał na pobocze. Błyskawicznie rzuciliśmy się w jego stronę w nadziei na transport. Za kierownicą siedział młody norweg, który płynnym angielskim oznajmił, że chętnie podwiezie nas do autostrady. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i z uśmiechem na ustach weszliśmy na pokład wehikułu. Norweg miał na imię Andreas i był  pierwszym z piętnastu uprzejmych  kierowców, którzy byli na tyle otwarci, żeby zaufać obcym i dorzucić cegiełkę do  realizacji ich ambitnego planu podróży.

Kontemplacja miasta światła

Po kilkunastu minutach czekania na przystanku autobusowym z wywieszonym napisem „OSLO” zjawili się nasi wybawcy. Młoda para Norwegów, która zmierzała do miasta. Nie tylko obwieźli nas po mieście, opowiadając o najlepszych punktach do zobaczenia, ale też podrzucili nas na nasze docelowe miejsce campingu, gdzie rozbiliśmy namiot na dwie noce. Mieliśmy w planach spać głównie na dziko, ale na początku zamarudziliśmy na kempingach, co kosztowło nas torchę koron.

 

Pierwsze oficjalne stopowanie

Oslo odebrałem jako bardzo czyste, nowoczesne i przyjazne dla turysty miasto. Jednym z najciekawszych punktów zwiedzania było Narodowe Muzeum Sztuki, Architektury i Projektowania, gdzie obecnie znajduje się słynny „Krzyk”, autorstwa Edwarda Muncha. Spędziliśmy tam dobre 3 godziny, kontemplując skrupulatnie każde z prezentowanych dzieł sztuki. Przekonałem się wtedy, że mój kompan, Wojtek, ma dość specyficzne podejście do zwiedzania muzeów. Gdyby nie głód, zapewne czas tejże kontemplacji wyniósłby o kilka godzin więcej. Pomimo pewnego znużenia snuciem się po salach gmachu, ostatecznie uznałem, że uważne zwiedzanie muzeów jest niezwykłym doświadczeniem dla ducha. Obrazy, na których podziwianie poświęciłem najwięcej czasu, odcisnęły się na stałe w mojej pamięci.

Dział sztuki nowoczesnej 🙂

Następnym  interesującym punktem był Park Vigelanda, który jest dziełem norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda. W parku mieliśmy okazję podziwiać łącznie 600 rzeźb, przedstawiających postacie ludzkie w rozmaitych pozycjach. Niektóre z nich budziły we mnie wewnętrzny niepokój, inne zaś, uśmiech.

Monolit w Parku Vigelanda — Oslo

 

Jak zostać rzeźbą…

U wrót Domu Olbrzymów

Głównym celem naszej wyprawy było dla mnie doświadczanie piękna nieposkromionej przyrody, dlatego z niecierpliwością czekałem, aż dostaniemy się na tereny górskie i otoczeni mistycznymi szczytami Jotunheimen ruszymy na podbój dzikiej północy.

Dzięki uprzejmości kolejnych szczodrych kierowców stanęliśmy u wrót Domu Olbrzymów — Jotunheimen, skąd najsłynniejszym szlakiem Bessegen mieliśmy ruszyć do schroniska Memurubu i tym samym rozpocząć dziewiczy, 8-dniowy, wytrzymałościowy trekking, którego łączny dystans wyniósł ponad 100 km, i który miał odmienić moje życie na zawsze.

Na drodze do Domu Olbrzymów

Kiedy dotarliśmy  do celu, na brzeg rozległego jeziora Gjende, zachwyciło mnie piękno i niezwykłe szafirowy kolor wody. Majestatyczne szczyty wynurzały się dumnie z pomarszczonej lodowatym wiatrem tafli wody . Nad brzegiem jeziora poszukaliśmy miejsca  na nocleg i w obliczu silnego (i zimnego) wiatru, rozpoczęliśmy mozolną procedurę rozkładania namiotu. Tu i ówdzie, niczym dzika zwierzyna pojawiali się tubylcy, odziani w najlepsze sportowe, kolorowe aksamity, jakie można sobie wymarzyć. Tej nocy miałem się przekonać, że mój śpiwór był fatalnym wyborem, zupełnie niedostosowanym do nieprzychylnych warunków pogodowych.

 

Pierwszy nocleg „na dziko”.
Widok z brzegu Jeziora Gjende — Zachód Słońca

 

Renifery  na urlopie i pierwszy kontakt z górami

Nazajutrz dumnie stanęliśmy na początku szlaku, aby spojrzeć w oczy swojemu przeznaczeniu. Po godzinie trekkingu dostrzegilśmy dzikią chordę renów, która spokojnie wypasała się na zboczu góry, ignorując nachalne obiektywy lustrzanek skierownanych na ich zady. Bessegen jest jednym z najpopularniszych szlaków w Jotuhnheimen, dlatego w połowie drogi zaczęło się robić tłoczno, co szczególnie utrudniało strome zejścia.

Reny na urlopie

Kiedy wdrapałem się na punkt widokowy, oczom moim ukazał się zapierający dech w piersiach widok… Poczułem ogarniający mnie spokój oraz duchowe uniesienie. Zdjęcia są tylko marnym cieniem prawdziwego  doświadczenia, niemniej jednak w pewnym stopniu oddają one dziewiczość norweskiej przyrody.

Punkt widokowy na szlaku Bessegen
Z cyklu „Ostatni krok w otchłań szaleństwa”

Przy ostrym zejściu  wypełniony po brzegi plecak stał się nieznośnym brzemieniem, który utrudniał stabilne i pewne stawianie kroków. Zamiast  kroczyć w dół swobodnie, niczym łania, musiałem zsuwać się ociężale, postronnym obserwatorom zapewne przywodząc na myśl zlęknioną dżdżownicę. Musiałem zachować pełną koncentrację, ponieważ niewłaściwy krok mógł skończyć się upadkiem w otchłań…

Odpoczynek po zejściu ze stromego szczytu

Śnieg, kamienie i łzy — zapomniane przez bogów, dzikie pustkowia północy

Po przejściu Bessegen zawitaliśmy do schroniska Memurubu, skąd następnego dnia o poranku wskoczyliśmy na prom, zmierzający w stronę krańca jeziora. Trasa spod schroniska Gjendebu do Spitestulen, skąd mieliśmy atakować szczyt północy liczyła ponad 20 km. Wyruszyliśmy o godz. 10 i strudzeni spartańskim marszem poprzez głębokie śniegi, bezkresne doliny i zamarznięte rzeki, dotarliśmy do celu o 20.30. Po drodze trafiliśmy na takie „atrakcje” jak: zacinający w plecy deszcz, słabo oznaczony szlak, kilka bliskich spotkań z kamieniami (było ślisko). Szlak świecił pustkami, co potęgowało surowość oraz niedostępność dzikiej natury. W połowie marszu plecak (ok. 15 kg) zaczął wżynać mi się w ramiona, sprawiając, że ból stawał się nieznośny i musieliśmy robić częstsze przerwy.

Strudzony pielgrzym Wojciech, przemierzjający pustkowia Jotunheimen

Pomimo zmęczenia i słabego rozplanowania czasu przejścia trasy,  chwile te na zawsze zapiszą  się w mojej pamięci. Ogromna przestrzeń Domu Olbrzymów  zachwycała swoją monumentalnością oraz sprawiała, że krocząc wśród wyniosłych gór, przebywając wartkie strumienie i wspinając się pod strome podejścia, synchronizowałem się z naturalnym, spokojnym rytmem natury. Zdarzały się cenne chwile, podczas których mój umysł wyciaszał się zupełnie i każdy krok przybliżał mnie do wewnętrznej harmonii, aczkolwiek zdarzały się też kryzysowe sytuacje, w których moja frustracja sięgała zenitu. Na przykład, kiedy to po raz kolejny lądowałem sponiewierany na skałach, poślizgnąwszy się na oblodzonym kamieniu, albo kiedy musiałem balansować między lękiem przed wysokością a zachowaniem koniecznej do przetrwania koncentracji.

Odpoczynek w połowie trasy…
Jedno z wielu zapomnianych przez Bogów miejsc

Droga do białego piekła. Spotkanie z pustelnikiem. Galdhøpiggen.

Po nieprzespanej, zimnej nocy, wygramoliłem się z namiotu niczym poczwarka i zacząłem robić serie krótkich ćwiczeń, rozgrzewających ciało. Byłem podekscytowany, gdyż nadszedł dzień, na który czekałem od chwili kiedy moje stopy spoczęły na norweskich ziemiach. Było to zdobycie szczytu dzikiej krainy Wikingów…

W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.
W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.

 

Po zjedzeniu solidnej porcji Liofilizatów rozpoczęliśmy wspinaczkę na dach Skandynawii. Słonko radośnie świeciło zza chmur, ale szczyt  groźnie tonął w szarych kłębach chmur, zwiastujących obfite opady śniegu. Po drodze natknęlismy się na Amerykankę Casey, która podobnie jak my zdecydowała się na atak szczytu. Dołączyła do nas w połowie drogi, kiedy warunki pogodowe zaczęły się pogarszać i  tak oto tworząc amerykańsko-polski team ruszyliśmy na podbój korony Skandynawii.  Śnieg i mroźny wiatr dawał się nam we znaki, sprawiając, że wspinaczka  z radosnego spacerku przerodziła się w walkę o przetrwanie na oblodzonym, kamienistym i słabo oznaczonym szlaku. Dodatkowo widoczność spadła do zera i w pewnych momentach miałem nieodparte wrażenie, że kroczymy we mgle. Za każdym razem, kiedy zbliżałem się do  postrzępionej, skalistej krawędzi, zza której ziała biała, bezduszna otchłań, w mojej głowie odzywał się pierwotny lęk przed wysokością. Zdołałem go stłumić, powtarzając sobie w myślach niczym mantrę: „I tak kiedyś umrę, więc nie ma to znaczenia czy teraz na szczycie, czy za sześćdziesiąt lat, jako starzec w  łóżku”. Może to nie brzmi zbyt pocieszająco, lecz myśl ta pozwoliła zachować stoicki spokój w obliczu zagrożenia, gdzie każdy krok mogł zakończyć się tragicznie.

 To były moje osobiste  odczucia, gdyż pierwszy raz byłem w górach w takich warunkach pogodowych. Wojtek szedł na przedzie,  wcieliszwy się w rolę przewodnika, jako że był zaprawiony w boju w naszych rodzimych górach — Tatrach.

  Po 2 godzinach człapania przez mroźne śniegi i zmaganiach z siarczystym mrozem naszym oczom ukazała się mała, otulona śniegiem chatka. Wyglądała marnie w porównaniu do luksusowego schroniska, które zostawiliśmy za sobą, ale w naszych oczach jawiła się jako wybawianie. Wczłapaliśmy do środka, gdzie nie było żywej duszy, nie licząc młodego norwega, który niechętnie przyjął nas do swojej pustelni. Najwyraźniej  zdziczał nieco w swojej samotni, bo kiedy zmęczeni rozłożyliśmy się na stoliku i rozpoczęliśmy jeść obiad, kazał nam się przesuwać, gdyż właśnie w tej chwili naszła go ochota na mycie podłogi. Wzgardził też zrobieniem nam pamiątkowego zdjęcia, bo nie chciało mu się ściągać lateksowych rękawiczek, ale na szczęście uratował nas mój wierny samowyzwalacz.

 

APCT — American Polish Climbing Team. Poniższe zdjęcie ze szczytu jest jedynym, jakie zdołałem zrobić. Na zewnątrz nie chciałem narażać swojego zdrowia i  ukochanej lustrzanki.

Zamieć, adrenalina w żyłach i ocalenie.

Po odpoczynku, beztroskiej konwersacji i prowizorycznym posiłku, wyszliśmy z chatki wprost w białą zamieć, która rozpętała się podczas naszej przerwy. Pozostawiając za sobą zaabsorbowanego rytuałem sprzątania pustelnika,  wdrapaliśmy się na szczyt, który majaczył  się kilkanaście metrów powyżej pustelni. Chwiejąc się pod porywistym wiatrem staneliśmy na szczycie  – Trzy smagane wiatrem stworzenia, celebrujące zwycięstwo pokornym milczeniem. Żadnych fanfar, tylko trzaskający po twarzy śnieg, lodowaty wiatr i bezkresna biała przestrzeń.

Potężny wicher usiłował zmieść nas z powierzchni góry, kiedy ostrożnie pełzliśmy w dół, uważnie stawiając każdy, nawet najmniejszy krok. W pewnym momencie poczułem jak moje kolana oraz łydki kompletnie przemarzają, a w głowie odzywa się znajomy głosik, który zaczął swoją tyradę, jęcząc, że mogę stracić władzę w nogach i zamarznąć. Musiałem odrzucić paniczne myśli, gdyż w takich warunkach mogły okazać się zabójcze. Podobnie jak moi kompani, musiałem zachować pełną koncentrację. Co jakiś czas musieliśmy się zatrzymywać, gdyż wiatr był zbyt potężny, żeby bezpiecznie iść. Chowałem się wtedy, jak jaskiniowy troll za skałami w nadziei, że ochronią moje przemarzające kończyny. Miałem nieodparte wrażenie, że okrutna góra uwzięła się na nas i chciała naszej zagłady. Dzięki stoickiemu spokojowi Wojciecha, który co prawda rzucał pod nosem plugawyme klątwy pod adresem góry, ale z uporem godnym doświadczonego himalaisty prowadził nas ku ocaleniu,  wreszcie wydostaliśmy się ze „strefy śmierci”. Moja euforia  zwycięstwa nad złowrogimi siłami natury w połączeniu ze wciąż krążącą w żyłach adrenaliną przyćmiła moje zmysły sprawiła, że wpadłem w niezwykle entuzjastyczny nastrój,  budząc tym samym uzasadnione obawy towarzyszów, co do mojego stanu psychicznego.

Dalej na północ!

O świcie opuściliśmy Dom Olbrzymów, kierując się do najstarszego Norweskiego parku narodowego — Rondane. Tym razem pogoda nam dopisywała, jednak i tutaj los nie poskąpił nam przygód. Dziesiątki przebytych kilometrów z ciężkim plecakiem objawiły się w kontuzji stopy  mojego towarzysza. Musieliśmy zmienić plany i przenocować przy schronisku w nadziei, że cudowna maść o niezwykle oryginalnej nazwie Deep Freeze uleczy kontuzję. Jak się okazało o świcie, następnego dnia, maść zdziałała cuda i mogliśmy ruszyć dalej.

Jedno z piękniejszych miejsc na namiot — nagroda za cierpienia.
Zakończenie Szlaku po 6-godzinnym trekkingu w Rondane
Naszym ostatnim parkiem był rezerwat Dovre, którego łagodnymi szlakami mknęliśmy radośnie, jednocześnie świadomi, że koniec naszego trekkingu zbliża się wielkimi krokami.

 Koniec pieśni lodu i ognia

Podróżowanie autostopem przez Norwegię  było dla mnie niezapomnianą przygodą, która otworzyła mi oczy na świat. Jestem wdzięczny za możliwość doświadczenia tych wspaniałych chwil, poznania pozytywnych ludzi oraz zatracenia się na długich szlakach.  Mam szczerą nadzieję, że powrócę jeszcze w te piękne tereny. Tak wiele jest jeszcze szlaków do przejścia, fiordów do eksploracji i szczytów do zdobycia!

Liczę na to, że moja relacja natchnęła Cię do wyruszenia we własną podróż autostopem. Już niebawem na blogu pojawi się infografika ze szczegółowymi informacjami, które mogą okazać się pomocne w planowaniu i realizacji twojej samodzielnej wyprawy.

 

Na koniec wrzucam tutaj krótki film, podsumowujący naszą ekspedycję 🙂