Kategoria: Podróże

Jak skutecznie stopować po Norwegii

Jak skutecznie stopować po Norwegii

Dzisiaj subiektywnie i konkretnie o stopowaniu w kraju wikingów. Chcę podzielić się z Wami moim skromnym doświadczeniem z  tegorocznej, 16-dniowej podróży, która była jednym z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. Liczę, że ten krótki poradnik zachęci Cię do zorganizowania własnej wyprawy przez pustkowia Skandynawii.

Wiem, że wiele osób pragnie wybrać się w tamte dziewicze tereny i odpocząć na łonie nieskalanej natury, ale powstrzymują je przekonania typu: „Tam jest drogo! Stopowanie jest niebezpieczne”… i tak dalej… Nasz umysł ma niewiarygodną zdolność wymyślania nowych wymówek, jednak dzisiaj postaram się rozbroić tę sieć szkodliwych myśli i  dać Ci wskazówki, które mogą okazać się przydatne w twojej samodzielnej podróży.

 

Przejażdżka Teslą? Zapomnij!

 

Uprzedzam, że na Norweskich drogach zobaczysz wiele najnowszych modeli samochodów, od Mustangów do Tesli (co jest zabawne, jako że maksymalna prędkość na autostradzie wynosi 100 km/h), jednak, jako autostopowicz, nie powinieneś na nie liczyć. Większość samochodów, które podwoziły nas podczas naszego stopowania były starszej daty, chociaż zdarzały się wyjątki.

Zacznijmy od najlepszego miejsca na stopowanie, bo o takie trudno. Poważnie, trzeba się trochę nachodzić w tę i we w tę, żeby znaleźć idealne miejsce, gdzie kierowca odważy się zatrzymać samochód. Dlatego  do poszukiwania odpowiednich miejscówek niezwykle przydatny jest smartfon z Google Maps — Ta cudowna aplikacja wiele razy wyratowała nas z opresji i oszczędziła dziesiątki kilometrów zbędnych spacerów z ciężkim plecakiem.

Jako naród bardzo prawolubny, Norwedzy niezwykle skrupulatnie przestrzegają przepisów i największa szansa na złapanie stopa jest  wszędzie tam — gdzie  postój jest względnie legalny, czyli na przystankach autobusowych i zatokach.

Ile musisz czekać, zanim zjawi się dobroduszny kierowca? Nie będę oszukiwał. Dużo zależy od szczęścia: Nasz czas oczekiwania wahał się od 5 min — do 3.5 godzin, ale średnia  wyniosła ok. 1 h.15 min. Według mnie jest to bardzo dobry wynik jak na kraj, w którym podobno stopowanie jest niepopularne (co stwierdzili jednogłośnie chyba wszyscy kierowcy, z jakimi mieliśmy kontakt).

 

 

Jeden prosty trik — klucz do serca kierowców

 

Co musisz robić, żeby zwiększyć szanse na złapanie stopa?

Nadjeżdżający kierowca ma kilka sekund na decyzję, czy bierze cię i ryzykuje, czy jedzie beztrosko dalej, dlatego możesz, a nawet musisz zastosować jeden prosty trick.

Uśmiech na tym zdjęciu, chociaż wymuszony, stanowi klucz do serca każdego homo sapiens za kółkiem, a bez niego twoje szanse spadają do zera. Na widok szerokiego uśmiechu nadjeżdżająca ofiara sama zacznie się uśmiechać, poprawi się jej humor i w konsekwencji postanowi zrobić dobry uczynek dla bliźniego – to proste, ale skuteczne. Jeśli to nie zadziała, to przynajmniej poprawisz humor mijającym cię pasażerom.

Może to oczywiste, ale wierz mi — po 2 godzinach stopowania zaczynasz darzyć pogardą każdy ignorujący cię samochód i twoja twarz zdradza objawy szaleństwa, dlatego zadbaj o przyzwoity uśmiech – Manifestuj nim, że masz przyjazne zamiary.

 

 

Tekturowe krucjaty do supermarketów

 

-Autostop? – myślisz — To pewnie potrzebuję ton tektury! Na miłość Boską, skąd ja tyle wezmę?

Jasne, że bez napisu na tekturowym kartonie jest ciężko, ale zdobycie ich jest banalnie proste. Większość supermarketów ma je na zbyciu i wystarczy poprosić, by otrzymać pakiet świeżych, pachnących tektur.

Jednak lepszym pomysłem jest kawałek tworzywa (np. stary baner), który łatwo zwinąć w rulon, a na którym możesz do woli bazgrać mazakiem do tablic suchościernych. Takie rozwiązanie jest nie tylko ekologiczne i praktyczne, ale też pozwala na zaoszczędzenie cennego czasu.

 

 

Niezręczna cisza — zabójca przyjaznej atmosfery

 

Stoisz przy opustoszałej szosie z uśmiechem przyklejonym do twarzy i z tekturą w obolałych dłoniach, aż to nagle zjawia się twój wybawca. Zatrzymuje się, wrzucasz plecak do bagażnika i siadasz na przednim siedzeniu.

Jeśli nie jesteś wprawiony w Small Talk albo  jesteś zwyczajnie zmęczony 20-kilometrowym trekkingiem i nie masz sił na pogaduszki, następuje krępująca cisza. Co robić w takiej sytuacji?

Warto mieć zestaw 3-5 uniwersalnych pytań, które można zastosować w takich krytycznych chwilach.  Ludzie lubią, jak okazuje się im zainteresowanie, dlatego zapisz i zapamiętaj pytania, które zadasz kierowcy podczas przejażdżki w chwilach kryzyzu.

Kilka razy zdarzyło się, że byłem bardzo zmęczony i ciężko mi było sklecić jakieś sensowne zdanie, dlatego pozwalałem kierowcy na długi monolog, przytakując co jakiś czas.

Przykładowe pytanie z życia wzięte:  „Słyszałem, że mandaty za przekraczanie prędkości są bardzo wysokie, czy to prawda?” (podobne pytanie zadawał Wojtek, prawie każdemu kierowcy, co niezwykle mnie bawiło po pewnym czasie. Ja z kolei pytałem się kierowcy, czy zna Wardrune, Norweski zespół muzyki folkowej i ambientowej — ku mojemu zaskoczeniu  mało kto go kojarzył).

 

 

Gdzie spać za darmo

 

Odpowiedź jest prosta: Prawie wszędzie!

Jest tylko jeden kruczek: Musisz zachować minimalny dystans ok. 150 metrów od najbliższych zabudowań i posesji.

Tak więc zbliża się zmrok i masz pewność, że żaden zdrowy na umyśle kierowca już cię nie podwiezie. Szukasz więc miejsca, gdzie możesz bezpiecznie rozbić namiot. Jeśli jesteś w mieście, to znalezienie wolnego skrawka zieleni może stanowić wyzwanie i ostatecznie lepiej skorzystać z powierzchni pola kempingowego (płatnie ok. 80zł/os za noc), niż płacić mandat, który zrujnuje twój budżet.

Najbardziej epickie miejsca na nocleg są na pustkowiach Jotunheimen, gdzie człowiek może poczuć się jak w prawdziwej szkole przetrwania. Pamiętaj tylko ciepłym śpiworze, gdyż temperatury w górach spadają w lecie do zera stopni (o czym się boleśnie przekonałem na własnej skórze).

A co ze schroniskami?

Wszystkie (nawet te w kompletnej dziczy) mają zaskakująco wysoki standard, a co za tym idzie — noclegi mają bardzo wysokie ceny (przynajmniej jak na przeciętny budżet studenta).

Na dziko w Rondane

 

 

Gdzie polować na konserwy

 

Najważniejsza sprawa — żywność. Bez pełnego żołądka trekking przez nawet najpiękniejsze trasy będzie walką o przetrwanie.

Dlatego zaopatrz się w solidną dawką żywności Liofilizowanej (czytaj -suszenie sublimacyjne zamrożonych substancji). Nie są to tanie rzeczy, ale mają trzy niezastąpione zalety:

  1. Są bardzo lekkie (w moim przypadku 20 posiłków ważyło tylko kg!)
  2. Do przygotowania wymagają tylko odrobiny wody gorącej lub lodowatej (np. ze strumienia).
  3. Są bardzo pakowne.

A na miejscu, w jakich supermarketach kupować?

Dwie najtańsze sieciówki to Kiwi i Rema 1000. W nich zaopatrzysz się w konserwy i inne godne uwagi smakołyki, na przykład takie jak owoce, chleb czy masło orzechowe 90% , które uratowało mi życie wiele razy.

 

 

Ile kosztowała mnie cała podróż

 

Ok. 2000 zł (razem z biletami lotniczymi w obie strony), co wydaje mi się przystępną ceną za 16 dni w kraju, który uchodzi za jeden z najdroższych na świecie (nawet zdaniem tubylców). Czy można taniej? Oczywiście! Wszystko zależy od twoich priorytetów i tolerancji na dyskomfort (np. spanie w lesie, zamiast na płatnych kempingach, czy częste wycieczki do supermarketów, zamiast kupna żywności liofilizowanej w Polsce).

 

 

Ucz się na błędach

 

Nieważne ile informacji zdobędziesz i ile przeczytasz poradników — i tak popełnisz masę błędów. Nie przejmuj się i miej na uwadze, że popełnianie błędów to najlepszy sposób na szybką naukę. Kilka pierwszych dni jest trudne, bo człowiek musi zyskać pewność siebie i schematy działania, które pozwolą na sprawne przemieszczanie się autostopem.

Pamiętaj, że możesz poprosić o pomoc każdą osobę napotkaną na drodze. Większość ludzi z reguły jest pomocna (może z wyjątkiem pewnego księdza w Trondheim, który odmówił znużonym pielgrzymom noclegu w Domu Bożym).

Jeśli wciąż zadajesz sobie pytanie, czy w ogóle warto tam jechać, to uświadom sobie, że masz jedno życie na tej ziemi i czasu, który przecieka Ci przez palce, i którego nigdy nie odzyskasz. Nie wydawaj pieniędzy na materialne dobra, które z czasem się rozsypią, ale na doświadczenia, które pozostaną z tobą do końca twoich dni.

Dlatego już teraz podejmij decyzję i stań się jedną z tych osób, które nie boją się eksploracji nieznanych kultur, lądów i miast. 

Dla oszałamiających krajobrazów takich jak ten poniżej naprawdę warto :).

 

Z cyklu „samotny wędrowiec i góry”

 

 

Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi. Anonim

 

– Norwegia bardzo droga! Nie da się podróżować autostopem! Tam się boją brać autostopowiczów! – To tylko niektóre z wielu mitów, które wraz z przyjacielem obaliliśmy, pokonując autostopem dystans ponad 700 km  i wędrując ponad 100 km szlakami niesamowitych parków narodowych. 16 dni prawdziwej przygody, która zmieniła moje podejście do podróżownia.

W tym wpisie przedstawię najważniejsze chwile naszej podróży z mojego punktu widzenia. Nie jestem w stanie zmieścić doświadczeń w jednym poście, tak aby był on przyjazny w odbiorze, dlatego wybiorę te, które były najbardziej niezwykłe. Mam szczerą nadzieję, że wpis ten zainspiruje Cię do własnej podróży autostopem. Miłej lektury!

 

Pierwsze spotkanie z tubylcami

Zaraz po wylądowaniu na lotnisku Oslo Sandefjord Torp, które jak się okazało w przeddzień wylotu znajduje się ponad 100 km od centrum miasta, naszym oczom ukazał się malowniczy, wiejski teren. Podczas wędrówki w kierunku autostrady w celu złapania pierwszego stopa, podziwialiśmy dziewicze pola oraz urocze farmy. Byłem niezwykle podekscytowany epickim wyzwaniem, jakie przed sobą postawiliśmy — Przejechać autostopem z Oslo do Trondheim, zahaczając o największe parki narodowe, zasmakować dzikiej przyrody oraz zdobyć najwyższy szczyt  Norwegii i całego półwyspu skandynawskiego — Galdhøpiggen (2469 m n.p.m).

Pierwszy stop, jakiego złapaliśmy był jednym z najszybszych podczas całej naszej wyprawy. Przechodząc przez rondo, usłyszeliśmy dźwięczne „yahooo!” wydobywające się z uchylonego okna mijającego nasz pojazdu, który po chwili zjechał na pobocze. Błyskawicznie rzuciliśmy się w jego stronę w nadziei na transport. Za kierownicą siedział młody norweg, który płynnym angielskim oznajmił, że chętnie podwiezie nas do autostrady. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i z uśmiechem na ustach weszliśmy na pokład wehikułu. Norweg miał na imię Andreas i był  pierwszym z piętnastu uprzejmych  kierowców, którzy byli na tyle otwarci, żeby zaufać obcym i dorzucić cegiełkę do  realizacji ich ambitnego planu podróży.

Kontemplacja miasta światła

Po kilkunastu minutach czekania na przystanku autobusowym z wywieszonym napisem „OSLO” zjawili się nasi wybawcy. Młoda para Norwegów, która zmierzała do miasta. Nie tylko obwieźli nas po mieście, opowiadając o najlepszych punktach do zobaczenia, ale też podrzucili nas na nasze docelowe miejsce campingu, gdzie rozbiliśmy namiot na dwie noce. Mieliśmy w planach spać głównie na dziko, ale na początku zamarudziliśmy na kempingach, co kosztowło nas torchę koron.

 

Pierwsze oficjalne stopowanie

Oslo odebrałem jako bardzo czyste, nowoczesne i przyjazne dla turysty miasto. Jednym z najciekawszych punktów zwiedzania było Narodowe Muzeum Sztuki, Architektury i Projektowania, gdzie obecnie znajduje się słynny „Krzyk”, autorstwa Edwarda Muncha. Spędziliśmy tam dobre 3 godziny, kontemplując skrupulatnie każde z prezentowanych dzieł sztuki. Przekonałem się wtedy, że mój kompan, Wojtek, ma dość specyficzne podejście do zwiedzania muzeów. Gdyby nie głód, zapewne czas tejże kontemplacji wyniósłby o kilka godzin więcej. Pomimo pewnego znużenia snuciem się po salach gmachu, ostatecznie uznałem, że uważne zwiedzanie muzeów jest niezwykłym doświadczeniem dla ducha. Obrazy, na których podziwianie poświęciłem najwięcej czasu, odcisnęły się na stałe w mojej pamięci.

Dział sztuki nowoczesnej 🙂

Następnym  interesującym punktem był Park Vigelanda, który jest dziełem norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda. W parku mieliśmy okazję podziwiać łącznie 600 rzeźb, przedstawiających postacie ludzkie w rozmaitych pozycjach. Niektóre z nich budziły we mnie wewnętrzny niepokój, inne zaś, uśmiech.

Monolit w Parku Vigelanda — Oslo

 

Jak zostać rzeźbą…

U wrót Domu Olbrzymów

Głównym celem naszej wyprawy było dla mnie doświadczanie piękna nieposkromionej przyrody, dlatego z niecierpliwością czekałem, aż dostaniemy się na tereny górskie i otoczeni mistycznymi szczytami Jotunheimen ruszymy na podbój dzikiej północy.

Dzięki uprzejmości kolejnych szczodrych kierowców stanęliśmy u wrót Domu Olbrzymów — Jotunheimen, skąd najsłynniejszym szlakiem Bessegen mieliśmy ruszyć do schroniska Memurubu i tym samym rozpocząć dziewiczy, 8-dniowy, wytrzymałościowy trekking, którego łączny dystans wyniósł ponad 100 km, i który miał odmienić moje życie na zawsze.

Na drodze do Domu Olbrzymów

Kiedy dotarliśmy  do celu, na brzeg rozległego jeziora Gjende, zachwyciło mnie piękno i niezwykłe szafirowy kolor wody. Majestatyczne szczyty wynurzały się dumnie z pomarszczonej lodowatym wiatrem tafli wody . Nad brzegiem jeziora poszukaliśmy miejsca  na nocleg i w obliczu silnego (i zimnego) wiatru, rozpoczęliśmy mozolną procedurę rozkładania namiotu. Tu i ówdzie, niczym dzika zwierzyna pojawiali się tubylcy, odziani w najlepsze sportowe, kolorowe aksamity, jakie można sobie wymarzyć. Tej nocy miałem się przekonać, że mój śpiwór był fatalnym wyborem, zupełnie niedostosowanym do nieprzychylnych warunków pogodowych.

 

Pierwszy nocleg „na dziko”.
Widok z brzegu Jeziora Gjende — Zachód Słońca

 

Renifery  na urlopie i pierwszy kontakt z górami

Nazajutrz dumnie stanęliśmy na początku szlaku, aby spojrzeć w oczy swojemu przeznaczeniu. Po godzinie trekkingu dostrzegilśmy dzikią chordę renów, która spokojnie wypasała się na zboczu góry, ignorując nachalne obiektywy lustrzanek skierownanych na ich zady. Bessegen jest jednym z najpopularniszych szlaków w Jotuhnheimen, dlatego w połowie drogi zaczęło się robić tłoczno, co szczególnie utrudniało strome zejścia.

Reny na urlopie

Kiedy wdrapałem się na punkt widokowy, oczom moim ukazał się zapierający dech w piersiach widok… Poczułem ogarniający mnie spokój oraz duchowe uniesienie. Zdjęcia są tylko marnym cieniem prawdziwego  doświadczenia, niemniej jednak w pewnym stopniu oddają one dziewiczość norweskiej przyrody.

Punkt widokowy na szlaku Bessegen
Z cyklu „Ostatni krok w otchłań szaleństwa”

Przy ostrym zejściu  wypełniony po brzegi plecak stał się nieznośnym brzemieniem, który utrudniał stabilne i pewne stawianie kroków. Zamiast  kroczyć w dół swobodnie, niczym łania, musiałem zsuwać się ociężale, postronnym obserwatorom zapewne przywodząc na myśl zlęknioną dżdżownicę. Musiałem zachować pełną koncentrację, ponieważ niewłaściwy krok mógł skończyć się upadkiem w otchłań…

Odpoczynek po zejściu ze stromego szczytu

Śnieg, kamienie i łzy — zapomniane przez bogów, dzikie pustkowia północy

Po przejściu Bessegen zawitaliśmy do schroniska Memurubu, skąd następnego dnia o poranku wskoczyliśmy na prom, zmierzający w stronę krańca jeziora. Trasa spod schroniska Gjendebu do Spitestulen, skąd mieliśmy atakować szczyt północy liczyła ponad 20 km. Wyruszyliśmy o godz. 10 i strudzeni spartańskim marszem poprzez głębokie śniegi, bezkresne doliny i zamarznięte rzeki, dotarliśmy do celu o 20.30. Po drodze trafiliśmy na takie „atrakcje” jak: zacinający w plecy deszcz, słabo oznaczony szlak, kilka bliskich spotkań z kamieniami (było ślisko). Szlak świecił pustkami, co potęgowało surowość oraz niedostępność dzikiej natury. W połowie marszu plecak (ok. 15 kg) zaczął wżynać mi się w ramiona, sprawiając, że ból stawał się nieznośny i musieliśmy robić częstsze przerwy.

Strudzony pielgrzym Wojciech, przemierzjający pustkowia Jotunheimen

Pomimo zmęczenia i słabego rozplanowania czasu przejścia trasy,  chwile te na zawsze zapiszą  się w mojej pamięci. Ogromna przestrzeń Domu Olbrzymów  zachwycała swoją monumentalnością oraz sprawiała, że krocząc wśród wyniosłych gór, przebywając wartkie strumienie i wspinając się pod strome podejścia, synchronizowałem się z naturalnym, spokojnym rytmem natury. Zdarzały się cenne chwile, podczas których mój umysł wyciaszał się zupełnie i każdy krok przybliżał mnie do wewnętrznej harmonii, aczkolwiek zdarzały się też kryzysowe sytuacje, w których moja frustracja sięgała zenitu. Na przykład, kiedy to po raz kolejny lądowałem sponiewierany na skałach, poślizgnąwszy się na oblodzonym kamieniu, albo kiedy musiałem balansować między lękiem przed wysokością a zachowaniem koniecznej do przetrwania koncentracji.

Odpoczynek w połowie trasy…
Jedno z wielu zapomnianych przez Bogów miejsc

Droga do białego piekła. Spotkanie z pustelnikiem. Galdhøpiggen.

Po nieprzespanej, zimnej nocy, wygramoliłem się z namiotu niczym poczwarka i zacząłem robić serie krótkich ćwiczeń, rozgrzewających ciało. Byłem podekscytowany, gdyż nadszedł dzień, na który czekałem od chwili kiedy moje stopy spoczęły na norweskich ziemiach. Było to zdobycie szczytu dzikiej krainy Wikingów…

W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.
W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.

 

Po zjedzeniu solidnej porcji Liofilizatów rozpoczęliśmy wspinaczkę na dach Skandynawii. Słonko radośnie świeciło zza chmur, ale szczyt  groźnie tonął w szarych kłębach chmur, zwiastujących obfite opady śniegu. Po drodze natknęlismy się na Amerykankę Casey, która podobnie jak my zdecydowała się na atak szczytu. Dołączyła do nas w połowie drogi, kiedy warunki pogodowe zaczęły się pogarszać i  tak oto tworząc amerykańsko-polski team ruszyliśmy na podbój korony Skandynawii.  Śnieg i mroźny wiatr dawał się nam we znaki, sprawiając, że wspinaczka  z radosnego spacerku przerodziła się w walkę o przetrwanie na oblodzonym, kamienistym i słabo oznaczonym szlaku. Dodatkowo widoczność spadła do zera i w pewnych momentach miałem nieodparte wrażenie, że kroczymy we mgle. Za każdym razem, kiedy zbliżałem się do  postrzępionej, skalistej krawędzi, zza której ziała biała, bezduszna otchłań, w mojej głowie odzywał się pierwotny lęk przed wysokością. Zdołałem go stłumić, powtarzając sobie w myślach niczym mantrę: „I tak kiedyś umrę, więc nie ma to znaczenia czy teraz na szczycie, czy za sześćdziesiąt lat, jako starzec w  łóżku”. Może to nie brzmi zbyt pocieszająco, lecz myśl ta pozwoliła zachować stoicki spokój w obliczu zagrożenia, gdzie każdy krok mogł zakończyć się tragicznie.

 To były moje osobiste  odczucia, gdyż pierwszy raz byłem w górach w takich warunkach pogodowych. Wojtek szedł na przedzie,  wcieliszwy się w rolę przewodnika, jako że był zaprawiony w boju w naszych rodzimych górach — Tatrach.

  Po 2 godzinach człapania przez mroźne śniegi i zmaganiach z siarczystym mrozem naszym oczom ukazała się mała, otulona śniegiem chatka. Wyglądała marnie w porównaniu do luksusowego schroniska, które zostawiliśmy za sobą, ale w naszych oczach jawiła się jako wybawianie. Wczłapaliśmy do środka, gdzie nie było żywej duszy, nie licząc młodego norwega, który niechętnie przyjął nas do swojej pustelni. Najwyraźniej  zdziczał nieco w swojej samotni, bo kiedy zmęczeni rozłożyliśmy się na stoliku i rozpoczęliśmy jeść obiad, kazał nam się przesuwać, gdyż właśnie w tej chwili naszła go ochota na mycie podłogi. Wzgardził też zrobieniem nam pamiątkowego zdjęcia, bo nie chciało mu się ściągać lateksowych rękawiczek, ale na szczęście uratował nas mój wierny samowyzwalacz.

 

APCT — American Polish Climbing Team. Poniższe zdjęcie ze szczytu jest jedynym, jakie zdołałem zrobić. Na zewnątrz nie chciałem narażać swojego zdrowia i  ukochanej lustrzanki.

Zamieć, adrenalina w żyłach i ocalenie.

Po odpoczynku, beztroskiej konwersacji i prowizorycznym posiłku, wyszliśmy z chatki wprost w białą zamieć, która rozpętała się podczas naszej przerwy. Pozostawiając za sobą zaabsorbowanego rytuałem sprzątania pustelnika,  wdrapaliśmy się na szczyt, który majaczył  się kilkanaście metrów powyżej pustelni. Chwiejąc się pod porywistym wiatrem staneliśmy na szczycie  – Trzy smagane wiatrem stworzenia, celebrujące zwycięstwo pokornym milczeniem. Żadnych fanfar, tylko trzaskający po twarzy śnieg, lodowaty wiatr i bezkresna biała przestrzeń.

Potężny wicher usiłował zmieść nas z powierzchni góry, kiedy ostrożnie pełzliśmy w dół, uważnie stawiając każdy, nawet najmniejszy krok. W pewnym momencie poczułem jak moje kolana oraz łydki kompletnie przemarzają, a w głowie odzywa się znajomy głosik, który zaczął swoją tyradę, jęcząc, że mogę stracić władzę w nogach i zamarznąć. Musiałem odrzucić paniczne myśli, gdyż w takich warunkach mogły okazać się zabójcze. Podobnie jak moi kompani, musiałem zachować pełną koncentrację. Co jakiś czas musieliśmy się zatrzymywać, gdyż wiatr był zbyt potężny, żeby bezpiecznie iść. Chowałem się wtedy, jak jaskiniowy troll za skałami w nadziei, że ochronią moje przemarzające kończyny. Miałem nieodparte wrażenie, że okrutna góra uwzięła się na nas i chciała naszej zagłady. Dzięki stoickiemu spokojowi Wojciecha, który co prawda rzucał pod nosem plugawyme klątwy pod adresem góry, ale z uporem godnym doświadczonego himalaisty prowadził nas ku ocaleniu,  wreszcie wydostaliśmy się ze „strefy śmierci”. Moja euforia  zwycięstwa nad złowrogimi siłami natury w połączeniu ze wciąż krążącą w żyłach adrenaliną przyćmiła moje zmysły sprawiła, że wpadłem w niezwykle entuzjastyczny nastrój,  budząc tym samym uzasadnione obawy towarzyszów, co do mojego stanu psychicznego.

Dalej na północ!

O świcie opuściliśmy Dom Olbrzymów, kierując się do najstarszego Norweskiego parku narodowego — Rondane. Tym razem pogoda nam dopisywała, jednak i tutaj los nie poskąpił nam przygód. Dziesiątki przebytych kilometrów z ciężkim plecakiem objawiły się w kontuzji stopy  mojego towarzysza. Musieliśmy zmienić plany i przenocować przy schronisku w nadziei, że cudowna maść o niezwykle oryginalnej nazwie Deep Freeze uleczy kontuzję. Jak się okazało o świcie, następnego dnia, maść zdziałała cuda i mogliśmy ruszyć dalej.

Jedno z piękniejszych miejsc na namiot — nagroda za cierpienia.
Zakończenie Szlaku po 6-godzinnym trekkingu w Rondane
Naszym ostatnim parkiem był rezerwat Dovre, którego łagodnymi szlakami mknęliśmy radośnie, jednocześnie świadomi, że koniec naszego trekkingu zbliża się wielkimi krokami.

 Koniec pieśni lodu i ognia

Podróżowanie autostopem przez Norwegię  było dla mnie niezapomnianą przygodą, która otworzyła mi oczy na świat. Jestem wdzięczny za możliwość doświadczenia tych wspaniałych chwil, poznania pozytywnych ludzi oraz zatracenia się na długich szlakach.  Mam szczerą nadzieję, że powrócę jeszcze w te piękne tereny. Tak wiele jest jeszcze szlaków do przejścia, fiordów do eksploracji i szczytów do zdobycia!

Liczę na to, że moja relacja natchnęła Cię do wyruszenia we własną podróż autostopem. Już niebawem na blogu pojawi się infografika ze szczegółowymi informacjami, które mogą okazać się pomocne w planowaniu i realizacji twojej samodzielnej wyprawy.

 

Na koniec wrzucam tutaj krótki film, podsumowujący naszą ekspedycję 🙂

 

 

 

Spokój natury

Spokój natury

Dzika natura jest dla mnie doskonałą odskocznią od codziennej rutyny. Dzięki przebywaniu w naturalnym środowisku mogę zresetować swój umysł, wyciszyć myśli oraz nabrać dystansu do swojego życia. Spokój natury jest dostępny dla każdego z nas, trzeba tylko  się zatrzymać na moment i po niego sięgnąć.

 

Życie w pudełku

Człowiek jest istotą, która nie została stworzona do życia w czterech ścianach. Niestety większość ludzi  swój czas spędza w sztucznych murach pomieszczeń. Otoczeni betonem, zanieczyszczeni skażonym powietrzem, siedzący prawie 14 godzin na dobę, stopniowo stają się zestresowani, nieszczęśliwi i spięci. Pojawiają się choroby i dysfunkcje, które są uważane za „normalne.” Wyrwanie  z pudełka, odklejenie się od ekranu monitora i tymczasowa rezygnacja z wszelkich wygód „cywilizowanego” świata może wydawać się przerażająca i budzić obawy, ale kiedy spędzi się kilka nocy pod namiotem w puszczy, zdobędzie szczyt góry lub po prostu pospaceruje po tętniącym życiem lesie, następuje znaczna przemiana – Chaos i niepokój zaczyna stopniowo zanikać, a umysł i ciało powracają do utraconego stanu homeostazy.

 

Widok ze szczytu Walii – Park Narodowy Snowdonia.  Copyright: Patryk Wojtal

 

Za górami, za lasami…

W ciągu ostatnich kilku lat góry stały dla mnie czymś więcej niż tylko szarą materią wystającą z ziemi. Od kiedy zacząłem biegać w terenie górskim, zrozumiałem, jak bardzo są one niezwykłe i mistyczne. Teraz podczas długich samotnych wspinaczek/biegów towarzyszy mi dziecinna radość z pokonywania swoich ograniczeń, oddychania czystym powietrzem oraz zapierających dech w piersiach widoków. Eksploracja nowych terenów  pobudza mój umysł i zwiększa kreatywność. Jeśli masz szczęście tak jak ja i mieszkasz blisko gór, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w najbliższym czasie spakować tobołek i ruszyć w trasę. Jestem przekonany, że zauroczą cię majestatyczne szczyty, wyzwalający spokój oraz uspokajająca siła zieleni. Musisz tylko sobie na to pozwolić i oderwać od „przeszkadzajek,” czyli np.: telefonu.

 

Tatry Wysokie - Widok z Zawratu (Wysokość n.p.m.: 2 159 m)
Tatry Wysokie – Widok z Zawratu (Wysokość n.p.m.: 2 159 m)  Copyright: Patryk Wojtal

 

Mnich w lesie

Las jest moim ulubionym miejscem do medytacji uważności. Podczas spaceru mogę ukierunkować swoją uwagę na otaczające mnie dźwięki oraz zapachy natury. Las uspokaja myśli, ponieważ brakuje w nim form stworzonych przez człowieka, które pobudzają do ciągłego myślenia. Po pewnym czasie następuje synchronizacja umysłu z ciszą naturalnego środowiska, co skutkuje oderwaniem się od problemów i zmartwień codziennej egzystencji. Czuję wtedy, że jestem połączony z naturalnym rytmem przyrody, jako jej integralna część, a nie oderwany, obcy byt.

 

 

Las

 

Ucieczka w Bieszczady

„A może by tak wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?” 

Te myśli powracają do mnie szczególnie w czasie, kiedy zmagam się z jakimś trudnym zadaniem. Uroku Bieszczadzkich gór dane mi było doświadczyć podczas zimowego maratonu w styczniu. Przemierzając dziką krainę, podziwiałem surowy krajobraz i wypatrywałem niedźwiedzia, na którego obecność liczyłem od samego początku trasy. Zaraz po powrocie zapisałem się na kolejny bieg, który ma odbyć się w październiku. Bieszczady są doskonałym miejscem na kontemplację przyrody i odpoczynek.

Bieszczady, Cisna, styczeń 2017
Bieszczady, Cisna, styczeń 2017. Copyright: Patryk Wojtal

 

Mam nadzieję, że ten krótki wpis zainspiruje Cię do wyruszenia na epicką wyprawę lub do zwykłego spaceru i wytchnienia na łonie natury.

Podziel się w komentarzu swoimi ulubionymi miejscami, do których chętnie wracasz 🙂