Błoto, pot i błyskawice, czyli bieg górski 80 km

Błoto, pot i błyskawice, czyli bieg górski 80 km

12 sierpnia wziąłem udział w niezwykłym wydarzeniu, które zapisało się w mojej pamięci w „folderze” „Dla takich chwil żyję”.  Chudy Wawrzyniec, bieg górski na dystansie 80+ km w Beskidzie Żywieckim, to nie tylko morderczy wysiłek, błotniste podejścia i karkołomne zjazdy, lecz także wspaniali ludzie, inspirująca atmosfera oraz brutalna droga to poznania prawdziwego,  odartego z fasad, siebie. Usiądź więc wygodnie w fotelu i posłuchaj epickiej opowieści o zmaganiach z niszczycielskimi żywiołami, wspólnym pokonywaniem słabości oraz niezapomnianej przygodzie.

 

Z burzy zrodzeni

 

  O godzinie 4.04 ponad pięciuset nieustraszonych śmiałków, którym niestraszne są cierpienia, wystartowało z Rajczy, rozpoczynając tym samym swoją osobistą walkę. Wśród  tego zacnego plemienia Ultrasów miałem zaszczyt znaleźć ja — Żółtodziób, który miał nadzieje dotrzeć do mety w jednym kawałku. Był to mój pierwszy bieg na tak spartański dystans i  zgodnie z radami starych wyjadaczy oczekiwałem najgorszego. Pomimo solidnego przygotowania  miałem obawy jak moje ciało zareaguje na taką katorgę. Po otrzymaniu błogosławieństwa od Arcykapłanów obrzędów, Krzyśka i Magdy, ruszyliśmy w ciemność, pozostawiając cywilizację za sobą.

  Już na samym początku natura pokazała kto rządzi na szlaku. Horyzont rozbłysł, targany jasnymi błyskawicami, których piękno było zarówno zniewalające, jak i przerażające. Chwilę po tym miała nadejść pierwsza z wielu ścian ulewnego deszczu, który w kontakcie z ziemią miał przeistoczyć się w błotniste utrapienie dla uczestników. Ciężkie kłęby chmur kotłowały się przed nami, a ja ze zgrozą uświadomiłem sobie, że zaraz wbiegnę prosto w rozpętaną zamieć. Znalazłszy się na odsłoniętych od drzew ścieżkach po ok. 20 km biegu, instynktownie wzdrygałem się i biłem czołem w błoto za każdym razem, kiedy piorun trzaskał tuż niedaleko. Nawałnica nękała nas systematycznie przez wiele kilometrów napierania, rzucając spazmatycznie strugami lodowatego deszczu oraz garścią śmiercionośnych grzmotów, które fartownie dla nas, chybiały celów. Mój dziki entuzjazm stopniowo wygasał wraz z każdym stawianym krokiem, lecz wytrwale człapałem do przodu, mając w pogardzie pogodowy chaos i powtarzając sobie w myślach, że to mój burzowy chrzest…Ta myśl dodawała mi sił.

Dzikie piękno Beskidzkiej panoramy (Autor: Piotr Dymus )

Szlaki odludnego pogranicza i poczwary z Czeluści

  W końcu przestaje padać, lecz wokół nadal utrzymują się gęste opary mgły, uniemożliwiające kontemplację widoków. Sponiewierany i upokorzony przez matkę naturę dołączam się do dwóch biegaczy, sunących przede mną niczym zjawy. Biegniemy razem wąską, leśną ścieżką przez kilka kilometrów,  zostawiając za sobą popękane niebo.

  Po raz kolejny potwornie bagniste grzęzawisko usiłuje pochłonąć mojego buta wraz z nogą i jej właścicielem. Jestem przemoczony do suchej nitki, a mój jedyny cel to dotrzeć do najbliższego punktu żywieniowego, aby  doładować akumulatory i walczyć dalej. Mknący przede mną pielgrzym potyka się i w akompaniamencie plusków jedzie na tyłku w dół zbocza, zatrzymując się z kretesem na jakimś łaskawym korzeniu. Zaczynam bardziej uważać gdzie stawiam kroki…

  Po drodze z punktu odżywczego, gdzie zamarudziłem nieco dłużej, niż planowałem przez perturbacje żołądkowe,  spotykam Marcina, który zostaje moim wiernym kompanem do końca piekielnej pielgrzymki. Niczym dwaj dzicy barbarzyńcy przemierzamy leśne dukty, gardząc bólem i zawiesistą mgłą, aż do czasu, kiedy nadchodzi punkt decyzji — powłóczyć się jeszcze przez 10 km i zakończyć przygodę na 55 km, czy szarpnąć się na bolesne 80 km, wybierając tym samym dobrowolne cierpienia i katusze. Marcin wybiera długi dystans, więc ja bez namysłu podążam za nim. Nie poddam się! Nie po to katowałem swoje ciało przez ostatnie cztery księżyce. Chwilę potem spotykamy przed sobą niemalże pionową ścianę pokrytą wodospadem lodowatej, śliskiej brei. Skończyło się rumakowanie i beztroskie pogańskie zbiegi. Nie pozostaje nic innego jak tylko rozpocząć mozolne pełzanie w górę, w nadziei, że nie zjedzie się na tyłku w bezdenną, mglistą otchłań. Sponiewierane buty odmawiają mi posłuszeństwa, sprawiając, że każdy krok jest walką o przetrwanie. Mijam kolorową postać, która w zacięciu godnym himalaisty, pnie się pod paskudną stromiznę. Ze zgrozą spoglądam jej w oczy i widzę pustkę, zupełnie tak, jakby góra wyssała z niej duszę, pozostawiając pustą, mechaniczną skorupę…

  Na szlaku wzdłuż słupków granicznych zrobiło się tak jakby ciszej. Mam wrażenie, że wszyscy oprócz mnie i mojego partnera  zostali wessani przez bagienne mokradła i słuch po nich zaginął. Cisza na szlaku przerywana niepokojącymi mlaśnięciami kroków zaczyna coraz bardziej działać mi na nerwy, uświadamiając mnie, że zapuszczamy się coraz głębiej w mroczy, nieprzyjazny bór, gdzie zaległy pierwotne złe moce Beskidu.

  Przecieram zalane potem oczy i widzę, majaczące się przed nami rozmyte kształty, wyłaniające się z białej mgły. Zmęczenie i dezorientacja sprawiają, że przez kilka uderzeń serca przerażająca myśl dudni  echem we wnętrzu mej czaszki — Niewyraźne sylwetki przypominają mi wygłodniałe ludzkiego mięsa poczwary, które czyhają na bezbronnych, niczego nieświadomych burzowych pielgrzymów. Na szczęście z chwilą, w której się do nich zbliżamy, majaki rozwiewają się w nicość, ukazując plecy naszych współplemieńców. Jeden z  nich do nas dołącza  i  razem jednoczmy się w zmaganiach, tworząc wygłodniałą mety watahę…

„Niczym dwaj dzicy barbarzyńcy przemierzamy leśne dukty, gardząc bólem i zawiesistą mgłą […]”  (Autor: Karolina Krawczyk)

Stojąc u bram Arcyłgarza

  Ból przeszywa moje kończyny, przypominając, że to już 52 kilometr zaciekłej gonitwy. Odklejam zmęczony wzrok od brejowatej ścieżki, spoglądając przed siebie i  serce podchodzi mi do gardła, a ręka z żelem energetycznym zamiera mi w powietrzu. Przez kilka uderzeń serca jestem przekonany, że zbłądziliśmy z gościńca i stoimy przed bramami Mordoru, Krainy Ciemności… Moje udręczone zmysły rejestrują  okraszone tuzinami zabójczo śliskich kamieni i zbryzgane potokami toksycznej brei, stromiste zwałowisko, którego grań niknie złowieszczo w kłębach ciężkiej mgławicy i szponiastych gałęziach drzew. Przełykam głośno ślinę, kierując przekrwione ślepia na swoich towarzyszy. Ich blade twarze, wykrzywione w srogim spazmie cierpienia i trwogi, wyrażają iskierkę determinacji, która wystarcza, aby dodać mi siły. W jednej krótkiej chwili zdaję sobie sprawę, że piętrzący się przed nami niesławny Oszust, zyskał godnych siebie przeciwników… Wiem, że nie poddamy się bez walki, choćbyśmy mieli sczeznąć na skarpach tej diabelnej hałdy. Po kilku głębokich oddechach stawiam pierwszy zdesperowany krok na drodze ku swemu przeznaczeniu…

Ognista warta

Potwornie znękani i przeżuci przez bezduszną pochyłość, ale wciąż niepokonani, docieramy na diabelny szczyt. Wartownicy, ogrzewający się przy płomiennym stosie niespokojnie podnoszą się z posłań. Widząc trzy zmierzwione, pokryte do pasa mułem, zgarbione stwory o krwistych ślepiach,  wahają się, czy uciekać, czy dobyć oręża i walczyć. Wydaję z siebie ochrypły głos, żeśmy są śmiertelnicy, nie dziwotwory i ich niepewność znika w mgnieniu oka. Po chwili grzeję zbielałe od wody dłonie, przy jedynym w promieniu stu kilometrów źródle ognia. Zmuszam się, żeby gnać dalej.  Uparcie pocieszam się myślą, że najgorsze piekło za nami…

Przez Przełęcz Ocalonych i  Gromowładne Wierchy Zapomnienia

Umorusani i wycieńczeni, ale wciąż toczący zaciekłą batalię, dostajemy się do przełęczy Ocalonych, gdzie czekają na nas życzliwie tubylcze plemiona ze stołami pełnymi sytego jadła i życiodajnych eliksirów. Bez ich pomocy przełęcz ta zostałaby zapewne ochrzczona mianem Przełączy Czaszki. Siadam na ławce i rozkładam sfatygowaną mapę, która wskazuje, że na naszej ścieżce ku chwale sterczą jeszcze trzy Gromowładne Wierchy Zapomnienia, które jak głoszą legendy, wysysają witalność i siły mentalne pielgrzymów, prowadząc do postradania zmysłów.

– Jeśli Arcyłgarz nas nie zniszczył, nic tego nie dokona! – mówię krzepko swojemu kumowi, lecz wypowiedziane słowa brzmią mizernie i są dlań marną pociechą.

Moje nader optymistyczne stwierdzenie brutalnie konfrontuje się z rzeczywistością, kiedy stajemy na szczycie pierwszego z Wierchów, a ja czuję jak żelazna szpila przeszywa mój staw kolanowy, czyniąc kończynę bezużytecznym kawałkiem mięsa i kości. Wydobywam z sakiewki odpowiednie  smarowidło — specyfik na poharatane przez Beskidzie Szlaki Członki. Boski balsam działa cuda i mogę kuśtykać dalej.

…Ostatnie 15 km…Czuję jak w moich żyłach krąży adrenalina i wzburzone endorfiny. Ze zdumieniem odnajduję w sobie nowe pokłady energii i z powłóczącego kulasami leśnego umarlaka, przeistaczam się w żądnego krwi wojownika, który niczym wygłodniały wilk na polowaniu, mknie przez mgły północy. Oddzielam się od mojego wiernego kompana i lecę jak rusałka, mijając kilku umęczonych, burzowych tułaczy, których nieobecny wzrok błądzi po niekończącym się szlaku.

Ostatni Wierch, zwany Halą Lipową i potem już w dół, ku zwycięstwu i wiecznej, nieśmiertelnej chwale. Patrzę za siebie i widzę swojego druha, który z zacięciem dzielnie mnie ściga. Wbiegam na ostatni szczyt gdzie widzę pokaźną oberżę, która kusi, żeby zawitać do środa i spocząć przy krzepiącym płomieniu paleniska. Odrzucam od siebie natrętne myśli o smacznej strawie i kuflu piwa i niestrudzenie mknę dalej…

Ostatnie kilometry — Pod maską tego szaleńczego uśmiechu kryje się bolesny grymas zmagań z własnymi słabościami…  (Autor: Karolina Krawczyk)

Ostatnie ścieżki. Inicjacja dobiega końca…

– Ból przemija, chwała pozostaje… Głowa umiera ostatnia… – Słowa te stają się moją mantrą przez kilka ostatnich kilometrów, kiedy każdy krok jest jak stąpanie po rozżarzonym węglu. Samotnie posuwam się do przodu, wypatrując śladów cywilizacji, którą przed trzynastoma godzinami beztrosko porzuciłem. Śnieżnobiałe wstążki, znaczące szlak, stają się moimi wiernymi towarzyszkami — Wskazują drogę do wybawienia i triumfu nad bólem oraz niszczycielskimi siłami natury.

Wbiegam w dziewiczy zagajnik i moim oczom ukazuje się szyld z lśniącym napisem „2 KM”. Patrzałki mam mokre od łez, albowiem  wiem, że pokonałem siebie. Nie pozwoliłem, żeby ból mnie powstrzymał, ujarzmiłem go, stałem się jego Panem. Niczym ogar na polowaniu, który wyczuwa łowną zwierzynę, ja  wyczuwam  woń mety, która po chwili ukazuje się tuż za zakrętem. Uszy łowią plemienne, rytualne bębny, których hipnotyczne dudnienie narasta wraz z każdym stąpnięciem moich obolałych kończyn…

W akompaniamencie oklasków i rytualnych okrzyków docieram do kresu swojego człowieczeństwa, nieznośnego bólu i wycieńczenia, kończąc tym samym swoją heroiczną pieśń. Podnoszę dumie głowę, będąc świadom, że pomyślnie przeszedłem rytuał inicjacji.  Widzę znajome twarze. Tomek, ultras o fizjonomii prawdziwego Wikinga oraz Arcykapłanka Magda podchodzą, witając mnie w plemieniu.  Jestem teraz pełnoprawnym członkiem wyjątkowego plemienia Ultrasów i nic ani destrukcyjne tajfuny, ani okrutne gejzery błotnistej brei, ani oszukańcze zwały krętych górotworów mi tego mi nie odbiorą…

Kładę swoje umęczone ciało na składanym fotelu i wypatruję znajomych twarzy pielgrzymów, którzy towarzyszyli mi w mrocznej wędrówce przez doliny śmierci i przeklęte wzgórza. Pojawiają się jeden po drugim, równie wniebowzięci, jak i zmordowani. Nasze oczy spotykają się w milczącym porozumieniu, celebrującym tę niezwykłą chwilę chwały i zwycięstwa.

 

Oficjalnie członkiem plemienia 🙂     (czas ukończenia: 13h 51 m. Ponad 140 osób porwało się na trasę 85 km).

 

Podobne wpisy

12 Replies to “Błoto, pot i błyskawice, czyli bieg górski 80 km”

  1. Wielkie gratulacje, pełen podziw i szczere podziękowania za dostarczenie ogromu motywacji i zmiany poglądu na moc gór. Stały się dla mnie nową inspiracją do zdobycia samej siebie 🙂 Brawo i powodzenia w dalszych zmaganiach! 💪🏾

  2. Witaj Patryk,
    Wreszcie dotarłem do Twojego bloga.
    Jestem pod wrażeniem.
    WIELKI SZACUN (w nawiasie i do kwadratu).
    Andrzej.
    PS
    „Wpraszam się” na obejrzenie filmu z Norwegii.

  3. Super Patryk👌 Jestem pod ogromnym wrażeniem Twoich osiągnięc ..dowodzą one Twojej sile, determinacji i cięzkiej ale jakże inspirującej pracy..która przynosi tak fantastyczne owoce..😃Gratuluje i Oby tak dalej..do przodu ale niekoniecznie zawsze biegiem😆

  4. Wielkie gratulacje. Ja w tym roku debiutowałem ale odwagi starczyło mi tylko na krótką trasę. Obawiam się że w przyszłym roku (bo w przyszłym roku wystartuję na pewno chyba że nie daj Boże jakieś przeciwności losu) też może mi nie starczyć odwagi na długą trasę, ale Twoja relacja motywuje mnie do ciężkich treningów więc kto wie…? Bardzo fajnie się to czytało tym bardziej, że miałem okazję zamienić z Tobą parę zdań podczas uzupełniania płynów na Przegibku. Życzę dalszych sukcesów, pozdrawiam i do zobaczenia gdzieś na trasie mj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *