Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi. Anonim

 

– Norwegia bardzo droga! Nie da się podróżować autostopem! Tam się boją brać autostopowiczów! – To tylko niektóre z wielu mitów, które wraz z przyjacielem obaliliśmy, pokonując autostopem dystans ponad 700 km  i wędrując ponad 100 km szlakami niesamowitych parków narodowych. 16 dni prawdziwej przygody, która zmieniła moje podejście do podróżownia.

W tym wpisie przedstawię najważniejsze chwile naszej podróży z mojego punktu widzenia. Nie jestem w stanie zmieścić doświadczeń w jednym poście, tak aby był on przyjazny w odbiorze, dlatego wybiorę te, które były najbardziej niezwykłe. Mam szczerą nadzieję, że wpis ten zainspiruje Cię do własnej podróży autostopem. Miłej lektury!

 

Pierwsze spotkanie z tubylcami

Zaraz po wylądowaniu na lotnisku Oslo Sandefjord Torp, które jak się okazało w przeddzień wylotu znajduje się ponad 100 km od centrum miasta, naszym oczom ukazał się malowniczy, wiejski teren. Podczas wędrówki w kierunku autostrady w celu złapania pierwszego stopa, podziwialiśmy dziewicze pola oraz urocze farmy. Byłem niezwykle podekscytowany epickim wyzwaniem, jakie przed sobą postawiliśmy — Przejechać autostopem z Oslo do Trondheim, zahaczając o największe parki narodowe, zasmakować dzikiej przyrody oraz zdobyć najwyższy szczyt  Norwegii i całego półwyspu skandynawskiego — Galdhøpiggen (2469 m n.p.m).

Pierwszy stop, jakiego złapaliśmy był jednym z najszybszych podczas całej naszej wyprawy. Przechodząc przez rondo, usłyszeliśmy dźwięczne „yahooo!” wydobywające się z uchylonego okna mijającego nasz pojazdu, który po chwili zjechał na pobocze. Błyskawicznie rzuciliśmy się w jego stronę w nadziei na transport. Za kierownicą siedział młody norweg, który płynnym angielskim oznajmił, że chętnie podwiezie nas do autostrady. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i z uśmiechem na ustach weszliśmy na pokład wehikułu. Norweg miał na imię Andreas i był  pierwszym z piętnastu uprzejmych  kierowców, którzy byli na tyle otwarci, żeby zaufać obcym i dorzucić cegiełkę do  realizacji ich ambitnego planu podróży.

Kontemplacja miasta światła

Po kilkunastu minutach czekania na przystanku autobusowym z wywieszonym napisem „OSLO” zjawili się nasi wybawcy. Młoda para Norwegów, która zmierzała do miasta. Nie tylko obwieźli nas po mieście, opowiadając o najlepszych punktach do zobaczenia, ale też podrzucili nas na nasze docelowe miejsce campingu, gdzie rozbiliśmy namiot na dwie noce. Mieliśmy w planach spać głównie na dziko, ale na początku zamarudziliśmy na kempingach, co kosztowło nas torchę koron.

 

Pierwsze oficjalne stopowanie

Oslo odebrałem jako bardzo czyste, nowoczesne i przyjazne dla turysty miasto. Jednym z najciekawszych punktów zwiedzania było Narodowe Muzeum Sztuki, Architektury i Projektowania, gdzie obecnie znajduje się słynny „Krzyk”, autorstwa Edwarda Muncha. Spędziliśmy tam dobre 3 godziny, kontemplując skrupulatnie każde z prezentowanych dzieł sztuki. Przekonałem się wtedy, że mój kompan, Wojtek, ma dość specyficzne podejście do zwiedzania muzeów. Gdyby nie głód, zapewne czas tejże kontemplacji wyniósłby o kilka godzin więcej. Pomimo pewnego znużenia snuciem się po salach gmachu, ostatecznie uznałem, że uważne zwiedzanie muzeów jest niezwykłym doświadczeniem dla ducha. Obrazy, na których podziwianie poświęciłem najwięcej czasu, odcisnęły się na stałe w mojej pamięci.

Dział sztuki nowoczesnej 🙂

Następnym  interesującym punktem był Park Vigelanda, który jest dziełem norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda. W parku mieliśmy okazję podziwiać łącznie 600 rzeźb, przedstawiających postacie ludzkie w rozmaitych pozycjach. Niektóre z nich budziły we mnie wewnętrzny niepokój, inne zaś, uśmiech.

Monolit w Parku Vigelanda — Oslo

 

Jak zostać rzeźbą…

U wrót Domu Olbrzymów

Głównym celem naszej wyprawy było dla mnie doświadczanie piękna nieposkromionej przyrody, dlatego z niecierpliwością czekałem, aż dostaniemy się na tereny górskie i otoczeni mistycznymi szczytami Jotunheimen ruszymy na podbój dzikiej północy.

Dzięki uprzejmości kolejnych szczodrych kierowców stanęliśmy u wrót Domu Olbrzymów — Jotunheimen, skąd najsłynniejszym szlakiem Bessegen mieliśmy ruszyć do schroniska Memurubu i tym samym rozpocząć dziewiczy, 8-dniowy, wytrzymałościowy trekking, którego łączny dystans wyniósł ponad 100 km, i który miał odmienić moje życie na zawsze.

Na drodze do Domu Olbrzymów

Kiedy dotarliśmy  do celu, na brzeg rozległego jeziora Gjende, zachwyciło mnie piękno i niezwykłe szafirowy kolor wody. Majestatyczne szczyty wynurzały się dumnie z pomarszczonej lodowatym wiatrem tafli wody . Nad brzegiem jeziora poszukaliśmy miejsca  na nocleg i w obliczu silnego (i zimnego) wiatru, rozpoczęliśmy mozolną procedurę rozkładania namiotu. Tu i ówdzie, niczym dzika zwierzyna pojawiali się tubylcy, odziani w najlepsze sportowe, kolorowe aksamity, jakie można sobie wymarzyć. Tej nocy miałem się przekonać, że mój śpiwór był fatalnym wyborem, zupełnie niedostosowanym do nieprzychylnych warunków pogodowych.

 

Pierwszy nocleg „na dziko”.
Widok z brzegu Jeziora Gjende — Zachód Słońca

 

Renifery  na urlopie i pierwszy kontakt z górami

Nazajutrz dumnie stanęliśmy na początku szlaku, aby spojrzeć w oczy swojemu przeznaczeniu. Po godzinie trekkingu dostrzegilśmy dzikią chordę renów, która spokojnie wypasała się na zboczu góry, ignorując nachalne obiektywy lustrzanek skierownanych na ich zady. Bessegen jest jednym z najpopularniszych szlaków w Jotuhnheimen, dlatego w połowie drogi zaczęło się robić tłoczno, co szczególnie utrudniało strome zejścia.

Reny na urlopie

Kiedy wdrapałem się na punkt widokowy, oczom moim ukazał się zapierający dech w piersiach widok… Poczułem ogarniający mnie spokój oraz duchowe uniesienie. Zdjęcia są tylko marnym cieniem prawdziwego  doświadczenia, niemniej jednak w pewnym stopniu oddają one dziewiczość norweskiej przyrody.

Punkt widokowy na szlaku Bessegen
Z cyklu „Ostatni krok w otchłań szaleństwa”

Przy ostrym zejściu  wypełniony po brzegi plecak stał się nieznośnym brzemieniem, który utrudniał stabilne i pewne stawianie kroków. Zamiast  kroczyć w dół swobodnie, niczym łania, musiałem zsuwać się ociężale, postronnym obserwatorom zapewne przywodząc na myśl zlęknioną dżdżownicę. Musiałem zachować pełną koncentrację, ponieważ niewłaściwy krok mógł skończyć się upadkiem w otchłań…

Odpoczynek po zejściu ze stromego szczytu

Śnieg, kamienie i łzy — zapomniane przez bogów, dzikie pustkowia północy

Po przejściu Bessegen zawitaliśmy do schroniska Memurubu, skąd następnego dnia o poranku wskoczyliśmy na prom, zmierzający w stronę krańca jeziora. Trasa spod schroniska Gjendebu do Spitestulen, skąd mieliśmy atakować szczyt północy liczyła ponad 20 km. Wyruszyliśmy o godz. 10 i strudzeni spartańskim marszem poprzez głębokie śniegi, bezkresne doliny i zamarznięte rzeki, dotarliśmy do celu o 20.30. Po drodze trafiliśmy na takie „atrakcje” jak: zacinający w plecy deszcz, słabo oznaczony szlak, kilka bliskich spotkań z kamieniami (było ślisko). Szlak świecił pustkami, co potęgowało surowość oraz niedostępność dzikiej natury. W połowie marszu plecak (ok. 15 kg) zaczął wżynać mi się w ramiona, sprawiając, że ból stawał się nieznośny i musieliśmy robić częstsze przerwy.

Strudzony pielgrzym Wojciech, przemierzjający pustkowia Jotunheimen

Pomimo zmęczenia i słabego rozplanowania czasu przejścia trasy,  chwile te na zawsze zapiszą  się w mojej pamięci. Ogromna przestrzeń Domu Olbrzymów  zachwycała swoją monumentalnością oraz sprawiała, że krocząc wśród wyniosłych gór, przebywając wartkie strumienie i wspinając się pod strome podejścia, synchronizowałem się z naturalnym, spokojnym rytmem natury. Zdarzały się cenne chwile, podczas których mój umysł wyciaszał się zupełnie i każdy krok przybliżał mnie do wewnętrznej harmonii, aczkolwiek zdarzały się też kryzysowe sytuacje, w których moja frustracja sięgała zenitu. Na przykład, kiedy to po raz kolejny lądowałem sponiewierany na skałach, poślizgnąwszy się na oblodzonym kamieniu, albo kiedy musiałem balansować między lękiem przed wysokością a zachowaniem koniecznej do przetrwania koncentracji.

Odpoczynek w połowie trasy…
Jedno z wielu zapomnianych przez Bogów miejsc

Droga do białego piekła. Spotkanie z pustelnikiem. Galdhøpiggen.

Po nieprzespanej, zimnej nocy, wygramoliłem się z namiotu niczym poczwarka i zacząłem robić serie krótkich ćwiczeń, rozgrzewających ciało. Byłem podekscytowany, gdyż nadszedł dzień, na który czekałem od chwili kiedy moje stopy spoczęły na norweskich ziemiach. Było to zdobycie szczytu dzikiej krainy Wikingów…

W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.
W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.

 

Po zjedzeniu solidnej porcji Liofilizatów rozpoczęliśmy wspinaczkę na dach Skandynawii. Słonko radośnie świeciło zza chmur, ale szczyt  groźnie tonął w szarych kłębach chmur, zwiastujących obfite opady śniegu. Po drodze natknęlismy się na Amerykankę Casey, która podobnie jak my zdecydowała się na atak szczytu. Dołączyła do nas w połowie drogi, kiedy warunki pogodowe zaczęły się pogarszać i  tak oto tworząc amerykańsko-polski team ruszyliśmy na podbój korony Skandynawii.  Śnieg i mroźny wiatr dawał się nam we znaki, sprawiając, że wspinaczka  z radosnego spacerku przerodziła się w walkę o przetrwanie na oblodzonym, kamienistym i słabo oznaczonym szlaku. Dodatkowo widoczność spadła do zera i w pewnych momentach miałem nieodparte wrażenie, że kroczymy we mgle. Za każdym razem, kiedy zbliżałem się do  postrzępionej, skalistej krawędzi, zza której ziała biała, bezduszna otchłań, w mojej głowie odzywał się pierwotny lęk przed wysokością. Zdołałem go stłumić, powtarzając sobie w myślach niczym mantrę: „I tak kiedyś umrę, więc nie ma to znaczenia czy teraz na szczycie, czy za sześćdziesiąt lat, jako starzec w  łóżku”. Może to nie brzmi zbyt pocieszająco, lecz myśl ta pozwoliła zachować stoicki spokój w obliczu zagrożenia, gdzie każdy krok mogł zakończyć się tragicznie.

 To były moje osobiste  odczucia, gdyż pierwszy raz byłem w górach w takich warunkach pogodowych. Wojtek szedł na przedzie,  wcieliszwy się w rolę przewodnika, jako że był zaprawiony w boju w naszych rodzimych górach — Tatrach.

  Po 2 godzinach człapania przez mroźne śniegi i zmaganiach z siarczystym mrozem naszym oczom ukazała się mała, otulona śniegiem chatka. Wyglądała marnie w porównaniu do luksusowego schroniska, które zostawiliśmy za sobą, ale w naszych oczach jawiła się jako wybawianie. Wczłapaliśmy do środka, gdzie nie było żywej duszy, nie licząc młodego norwega, który niechętnie przyjął nas do swojej pustelni. Najwyraźniej  zdziczał nieco w swojej samotni, bo kiedy zmęczeni rozłożyliśmy się na stoliku i rozpoczęliśmy jeść obiad, kazał nam się przesuwać, gdyż właśnie w tej chwili naszła go ochota na mycie podłogi. Wzgardził też zrobieniem nam pamiątkowego zdjęcia, bo nie chciało mu się ściągać lateksowych rękawiczek, ale na szczęście uratował nas mój wierny samowyzwalacz.

 

APCT — American Polish Climbing Team. Poniższe zdjęcie ze szczytu jest jedynym, jakie zdołałem zrobić. Na zewnątrz nie chciałem narażać swojego zdrowia i  ukochanej lustrzanki.

Zamieć, adrenalina w żyłach i ocalenie.

Po odpoczynku, beztroskiej konwersacji i prowizorycznym posiłku, wyszliśmy z chatki wprost w białą zamieć, która rozpętała się podczas naszej przerwy. Pozostawiając za sobą zaabsorbowanego rytuałem sprzątania pustelnika,  wdrapaliśmy się na szczyt, który majaczył  się kilkanaście metrów powyżej pustelni. Chwiejąc się pod porywistym wiatrem staneliśmy na szczycie  – Trzy smagane wiatrem stworzenia, celebrujące zwycięstwo pokornym milczeniem. Żadnych fanfar, tylko trzaskający po twarzy śnieg, lodowaty wiatr i bezkresna biała przestrzeń.

Potężny wicher usiłował zmieść nas z powierzchni góry, kiedy ostrożnie pełzliśmy w dół, uważnie stawiając każdy, nawet najmniejszy krok. W pewnym momencie poczułem jak moje kolana oraz łydki kompletnie przemarzają, a w głowie odzywa się znajomy głosik, który zaczął swoją tyradę, jęcząc, że mogę stracić władzę w nogach i zamarznąć. Musiałem odrzucić paniczne myśli, gdyż w takich warunkach mogły okazać się zabójcze. Podobnie jak moi kompani, musiałem zachować pełną koncentrację. Co jakiś czas musieliśmy się zatrzymywać, gdyż wiatr był zbyt potężny, żeby bezpiecznie iść. Chowałem się wtedy, jak jaskiniowy troll za skałami w nadziei, że ochronią moje przemarzające kończyny. Miałem nieodparte wrażenie, że okrutna góra uwzięła się na nas i chciała naszej zagłady. Dzięki stoickiemu spokojowi Wojciecha, który co prawda rzucał pod nosem plugawyme klątwy pod adresem góry, ale z uporem godnym doświadczonego himalaisty prowadził nas ku ocaleniu,  wreszcie wydostaliśmy się ze „strefy śmierci”. Moja euforia  zwycięstwa nad złowrogimi siłami natury w połączeniu ze wciąż krążącą w żyłach adrenaliną przyćmiła moje zmysły sprawiła, że wpadłem w niezwykle entuzjastyczny nastrój,  budząc tym samym uzasadnione obawy towarzyszów, co do mojego stanu psychicznego.

Dalej na północ!

O świcie opuściliśmy Dom Olbrzymów, kierując się do najstarszego Norweskiego parku narodowego — Rondane. Tym razem pogoda nam dopisywała, jednak i tutaj los nie poskąpił nam przygód. Dziesiątki przebytych kilometrów z ciężkim plecakiem objawiły się w kontuzji stopy  mojego towarzysza. Musieliśmy zmienić plany i przenocować przy schronisku w nadziei, że cudowna maść o niezwykle oryginalnej nazwie Deep Freeze uleczy kontuzję. Jak się okazało o świcie, następnego dnia, maść zdziałała cuda i mogliśmy ruszyć dalej.

Jedno z piękniejszych miejsc na namiot — nagroda za cierpienia.
Zakończenie Szlaku po 6-godzinnym trekkingu w Rondane
Naszym ostatnim parkiem był rezerwat Dovre, którego łagodnymi szlakami mknęliśmy radośnie, jednocześnie świadomi, że koniec naszego trekkingu zbliża się wielkimi krokami.

 Koniec pieśni lodu i ognia

Podróżowanie autostopem przez Norwegię  było dla mnie niezapomnianą przygodą, która otworzyła mi oczy na świat. Jestem wdzięczny za możliwość doświadczenia tych wspaniałych chwil, poznania pozytywnych ludzi oraz zatracenia się na długich szlakach.  Mam szczerą nadzieję, że powrócę jeszcze w te piękne tereny. Tak wiele jest jeszcze szlaków do przejścia, fiordów do eksploracji i szczytów do zdobycia!

Liczę na to, że moja relacja natchnęła Cię do wyruszenia we własną podróż autostopem. Już niebawem na blogu pojawi się infografika ze szczegółowymi informacjami, które mogą okazać się pomocne w planowaniu i realizacji twojej samodzielnej wyprawy.

 

Na koniec wrzucam tutaj krótki film, podsumowujący naszą ekspedycję 🙂

 

 

 

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *