Autor: Patryk

Copywriter. Biegacz. Entuzjasta praktycznego rozwoju osobistego.
Poznaj 5 błędów, które zabijają Mastermind

Poznaj 5 błędów, które zabijają Mastermind

Jeśli zainspirowałeś się moim poprzednim wpisem i jesteś w trakcie zbierania własnej grupy Mastermind, to przygotowałem dla Ciebie zwięzły spis najpoważniejszych błędów, których warto się wystrzegać. Ich świadomość może zdeterminować, czy twoja grupa będzie działać na pełnych obrotach i przyniesie jej członkom korzyści, czy rozpadnie się po kilku spotkaniach.

 

Jeżeli nie czytałeś jeszcze mojego poprzedniego wpisu, to polecam zacząć od niego, gdyż dzięki temu będziesz mieć odpowiedni kontekst.

Miałem dzisiaj napisać o różnych rodzajach agend na spotkanie, ale wybrałem ten temat, ponieważ myślę, że od świadomości poniższych błędów zależy sukces twojej grupy.

1. Mizerna obecność  

Dla każdego członka grupy regularna obecność na spotkaniach powinna być priorytetem. Wiadomo – są różne sytuacje losowe, które mogą uniemożliwić pojawienie się na sesji, ale jeśli kogoś zaczyna notorycznie brakować na spotkaniach, powinno to wzbudzić twoje obawy i być podstawą do usunięcia takiej osoby z grupy. Zanim jednak podjemiesz radykalne kroki, postaraj się porozmawiać z daną osobą.

2. Brak skutecznej Agendy 

Wyznaczone struktury spotkania są bardzo istotne, ponieważ pozwalają na płynne i efektowne przeprowadzenie sesji. Jeśli ich brakuje, uczestnicy zazwyczaj rozgadują się na różne tematy i w ostateczności całe spotaknie nie ma żadnych efektów.

Ścisła agenda może wydawać Ci się zbyt formalnym i „korporacyjnym” rozwiązaniem, ale uwierz mi – nie tylko pozwoli zaoszczędzić masę cennego czasu, ale też dramatycznie zwiększy wydajność spotkań.

(wzór agendy możesz pobrać na samym dole)

3. Brak kluczowych reguł

Posiadając jasno określone zasady, które usprawniają działanie grupy, pozbędziesz się niejasności i niepotrzebnych konfliktów. Jeśli każdy członek będzie wiedział od początku, jakie zachowania są pożądane, a jakie nie – unikniesz straty czasu na tłumaczeniu każdemu z osobna. Główne zasady mogą zostać ujęte w formie wspólnie stworzonej konstytucji, która może krystalizować w trakcie pierwszych kilku spotkań. Najlepiej, aby taka konstytuacja zawierała też cel istnienia grupy.

Przykładowa konstytucja:

1. Każdy uczestnik zobowiązuje się do realizacji własnych celów wyznaczonych na spotkaniu w ustalonym terminie.
2. Każdy uczestnik deklaruje się służyć pomocą i wsparciem reszcie uczestników.
3. W przypadku nieuzasadnionej nieobecności uczestnik zobowiązuje się… (sankcja).

4. Słabe zaangażowanie

Kluczem powodzenia grupy Mastermind jest wymiana pomysłów, pomocy i wsparcia. Dlatego, jeśli ktoś czerpie od innych, ale nawet nie stara się dać czegoś od siebie, to jako założyciel grupy i facylitator musisz interweniować. Idealny model działania grupy to taki, w którym członkowie utrzymują równowagę miedzy wartością, jaką wnoszą a korzyściami, jakie mają dla siebie.

5. Niewłaściwe wyznaczanie celów

Skuteczne wyznaczanie celów podczas spotkań, przekłada się na poziom produktywności oraz morale całej grupy. Dlatego, zamiast wyznaczać niejasne i mało znaczące cele, które sprawiają, że kręcisz się w kółko, zachęcaj członków, aby tworzyli je według zasady starej i dobrej metody S.M.A.R.T. czyli…

S – sprecyzowane
M- mierzalne
A – atrakcyjne
R- realistyczne
T- terminowe

Szybki przykład:

Nieskutecznie wyznaczony cel:  Zacznę więcej zarabiać.

Potwornie skuteczny cel: Znajdę nowego i dobrze płatnego  klienta na portalu useme.com do przyszłego poniedziałku i wykonam dla niego zlecenie za minimum 400 zł.

Złota formuła na koniec

Dobra wiadomość jest taka, że powyższy przegląd zabójczych błędów, które niszczą Mastermind w zarodku pozwoli Ci zwiększyć czujność, wyłapać je w swojej grupie oraz na bieżąco wprowadzać zmiany. Natomiast zła wiadomość jest taka, że…

I tak nie unikniesz wszystkich błędów! 

Ale to normalne i nie przejmuj się tym. Twój pierwszy Mastermind rozsypał się w pył? Wyciągnij wnioski i załóż kolejny.

Uświadamiasz sobie, że źle dobrałeś niewłaściwych członków, którzy zaczynają olewać zasady? Podziękuj im i znajdź nowych, którzy docenią wartość spotkań…

Nie poddawaj się i uwierz, że możesz stworzyć grupę, która  będzie Cię wspierać w uwalnianiu Twojego potencjału oraz dążeniu do najlepszej wersji ciebie.

Powodzenia!

Ps. Jeśli będziesz mieć jakiekolwiek problemy z dostępem do bonusu napisz na mój fanpage na Facebooku na prywatną wiadomość 🙂

Jak założyć efektywną grupę Mastermind, z którą osiągniesz sukces?

Jak założyć efektywną grupę Mastermind, z którą osiągniesz sukces?

Otaczający Cię ludzie determinują, czy odniesiesz życiowy sukces i uwolnisz swój pełny potencjał, czy zatrzymasz się na poziomie przeciętności i przeżyjesz swoje życie, jako ofiara. Czy tego chcesz, czy nie ludzie w twoim środowisku oddziałują na Ciebie swoimi wartościami, postawami oraz nawykami. Doskonale obrazują to słowa słynnego mówcy motywacyjnego, Jima Rohna, który powiedział kiedyś, że jesteśmy wypadkową 5 osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Jeśli więc zależy Ci na podniesieniu jakości twojego życia, musisz świadomie stworzyć dla siebie środowisko, które będzie dla Ciebie inspiracją oraz wsparciem w rozwoju. Wykorzystaj do tego potęgę grup Mastermind.

 

 

Ścieżka bohatera

Jeżeli zależy Ci na wyciśnięciu z życia wszystkich soków i wejściu na ścieżkę bohatera, to musisz oswoić się z dyskomfortem i lękiem. Będzie cholernie trudno i odniesiesz wiele porażek, ale…

…to normalne. Zaakceptuj to. 

Z tego właśnie powodu podczas wędrówki warto mieć drużynę, która składa się z ludzi podobnym Tobie…

Grupy śmiałków gotowych podjąć walkę ze swoimi słabościami i przeciętnością w imię zbudowania życia opartego na pasji i spirali rozwoju.

Nie zawsze uświadamiamy sobie, jak ogromny wpływ na nasze samopoczucie, produktywność oraz poziom satysfakcji z życia mają osoby w naszym środowisku.

Jeśli w twoim otoczeniu przeważają „narzekacze” i pesymiści, którzy mają mentalność ofiary, to istnieje duża szansa, że przybierzesz ich toksyczny sposób myślenia i skończysz podobnie — jako magnes na „szajs”.

Pewnie to zabrzmi brutalnie, ale…

…takich osobników należy usunąć ze swojego życia, ograniczyć kontakt, zakończyć relacje — życie jest zbyt krótkie na słuchanie toksycznych ludzi. 

Z drugiej strony, jeżeli świadomie otaczasz się inspirującymi i pozytywnymi ludźmi, którzy rozwijają swój potencjał, przekraczają granice komfortu i każdego dnia dążą do zbudowania najlepszej wersji siebie, dramatycznie zwiększasz swoje szanse na osiągnięcie swoich celów oraz zbudowanie wymarzonego stylu życia.

Myślę, że zdajesz sobie sprawę, że nasza kultura i wzorce społeczne nie sprzyjają wybitnym jednostkom, które odrzucają utarte ścieżki i wybierają alternatywną drogę. Dodatkowo…

…presja grupy i destruktywne oczekiwania społeczne mogą sprawić, że stracisz nakręceniu się w kółko mnóstwo cennego zasobu, jakim jest CZAS.

Krótko mówiąc…

…że nie osiągniesz wielkich rzeczy, działając, jako samotny wilk. Potrzebujesz konkretnego stada, które będzie Cię wspierać w chwilach zwątpienia oraz inspirować do ciągłego przekraczania własnych granic…

Żeby wzbić się na wyższy poziom w swoim rozwoju, przełamać swoje ograniczenia i rozwinąć skrzydła możesz wykoszystać potęgę Mastermindu.

Ostatnio założyłem pierwszą taką grupę z własnej inicjatywy. Niestety uświadomiłem sobie, że nie wystarczy skrzyknąć ludzi i czerpać korzyści ze spotkań…

…żeby wszystko działało sprawnie i efektywnie potrzebna jest przemyślana strategia, sprawdzona wiedza, odważne eksperymentowanie oraz gotowość  do zaangażowania.

 

Czym jest grupa Mastermind?

Pojęcie grupy Mastermind zostało ukute  przez Napoleona Hilla na początku 1900 w ponadczasowym dziele „Myśl i Bogać się. Podręcznik człowieka Interesu”.

Według autora grupa Mastermind to:

„Koordynacja wiedzy oraz wysiłku dwóch lub większej ilości osób, które działają w określonym celu, w duchu harmonii.”

W skrócie:

Jest to zorganizowana grupa ludzi (min. 3 – max.8), spotykająca się regularnie online lub w rzeczywistości, której członkowie wspierają się wzajemnie w realizacji celów, podejmowaniu wyzwań, pokonywaniu przeszkód, oferują sobie  nawzajem szczery feedback oraz tworzą potężną burzę mózgów.

Działalność grupy Mastermind skupia się zwykle w osiągnięciu sukcesu w jednym konkretnym celu, którym może być na przykład: przeniesienie biznesu na wyższy poziom, regularna nauka, nauka w inwestowanie w nieruchomości bądź przygotowanie się do pierwszego maratonu.

Każde spotkanie odbywa się według jasno określonej agendy, która jest kluczem do sprawnego i produktywnego przebiegu spotkania. Dodatkowo jeden z uczestników może zostać wyznaczony, jako „Strażnik czasu”, który jest odpowiedzialny za przebieg spotkania zgodnie z planem.

Potęga Mastermindu leży w implementowaniu i systematycznej egzekucji strategii. Mastermind to nie miejsce na owijanie w bawełnę, teoretyzowania „co by było, gdyby”, tylko na konkretne i mierzalne działanie, które daje jasne rezultaty.

Czym grupa Mastermind nie jest?

Grupą motywacyjną… Owszem, celem jest utrzymanie wysokiego poziomu motywacji w trakcie realizacji celów, ale większy nacisk kładzie się na konkrety.

Spotkaniem towarzyskim. Nie spotykamy się, aby pogawędzić i miło spędzić czas, ale żeby działać, przekraczać swoje ograniczenia i wymienać się cennymi spostrzeżeniami, które ułatwią to działanie.

„Klasą”. Twoja grupa może głosować, aby zaprosić gości lub nauczycieli, ale głównym celem powinno być wzajemne wsparcie, członków, którzy są na równym poziomie oraz burza mózgów.

 

Jakie korzyści daje Mastermind?

Jest ich wiele, a najważniejsze z nich to:

Podejmowanie lepszych decyzji. Podejmowanie znaczących decyzji nie zawsze jest łatwe, ponieważ brakuje Ci świeżego spojrzenia na . Uczestnicząc w spotkaniach, masz dostęp do sztabu darmowych doradców, którzy nie będą owijać w bawełnę i wskażą błędy, jakie popełniasz oraz z chęcią pomogą Ci rozwiązać dylematy decyzyjne.

Wsparcie zaangażowanej społeczności. Bądźmy szczerzy — praca nad sobą i celami nie jest łatwa. Możesz czuć się czasami przytłoczony i zniechęcony, szczególnie kiedy brakuje ci wsparcia ludzi, którzy zmagają się z tymi samymi wyzwaniami i doskonale Cię rozumieją twoją sytuację.

Dzielenie się wiedzą — pomoc. Najlepszym sposobem na naukę jest nauczanie innych. Dzięki temu naprawdę przekonujesz się, czy rozumiesz, czy tylko Ci się tak wydaje.

Przekraczanie granic. Otaczając się ponadprzeciętymi ludźmi, osiągającymi niezwykłe rzeczy, przełamujesz bariery swojego umysłu i zaczynasz myśleć na wielką skalę. Twoja drużyna pomoże Ci dostrzec potencjał, jaki w tobie drzemie i zniszczyć blokady w twoim umyśle.

Koncentracja na działaniu. Media, łatwa rozrywka i inne rozpraszacze są specjalnie zaprojektowane, aby pochłonąć twoją uwagę i „zatopić cię” w bezmyślnej bierności. Mastermind pomoże Ci trzymać się swoich celów i nie zbaczać z wyznaczonej drogi.

Kreatywność. Brakuje Ci pomysłów na działanie w biznesie? Chcesz zasięgnąć obiektywnego spojrzenia na swoje pomysły? Dzięki MM możesz zyskać potężne wglądy, które wyniosą twój biznes i osobiste życie na wyższy poziom. Kiedy grupa ludzi działa w harmonii na drodze do osiągnięcia celu, poziom inteligencji oraz kreatywności jest znacznie większy, niż suma pojedynczych jednostek w grupie – prawie jak magia…

 

Jak stworzyć niezniszczalną grupę?

To najważniejszy krok, determinujący skuteczność grupy, więc jeśli naprawdę zależy Ci, aby w pełni wykorzystać potęgę MM, przyłóż się do tego.

 

1.Wybierz typ grupy
Każda odnosząca sukcesy grupa Mastermind, ma jasno określony typ, który skupia się wokół wyzwania, jakie mają jej członkowie.

Grupy mogę przybierać różne formy, ale można wyróżnić ich 3 główne typy, z których najbardziej polecam pierwszą, ale możesz też wykorzystać połączenie.

Rozliczeniowo-celowa: Uczestnicy zobowiązują się przed sobą do realizacji swoich celów i rozliczają się z sukcesów lub porażek na każdym spotkaniu.

Biznesowa: Jej działanie koncentruje się na wyzwaniach i celach, z jakimi mierzy się każdy przedsiębiorca. Jest to szczególnie korzystna opcja, jeśli prowadzisz jedno-osobową firmę i czujesz się osamotniony w jej rozwijaniu. B

Tematyczna: Dotyczy dowolnego tematu, wokół którego koncentrują się spotkania. Może to być wychowanie dzieci, pielęgnowanie ogródka itp.

 

2. Zdefiniuj swoje oczekiwania, kluczowe zasady oraz sankcje.

Adekwatne oczekiwania są kluczowe, zarówno dla efektywności, jak i produktywności. Ważne jest też radzenie sobie w losowych trudnych sytuacjach, które są nieuchronne i mogę zaburzyć FLOW spotkań.

Zapisz fundamentalne zasady, czyli częstotliwość spotkań i wszystkie inne rzeczy, które są nie do negocjacji. Ustal też „kary” za nieprzestrzeganie zasad.

Być może brzmi to surowo, ale jest kluczowe dla zachowania odpowiedniej dynamiki grupy. Karą może być np. 30 pompek lub wpłacenie 10 zł fundację, której nie lubi dana osoba.

Zarówno reguły, jak i cel będą się kształtować w czasie pierwszych spotkań. Bądź elastyczny i otwarty na propozycje członków.

 

3. Znajdź i rekrutuj członków do drużyny.

Jest to kluczowy krok, ponieważ to, czy wybierzesz właściwych członków do swojego masterminda, determinuje sukces zarówno twój, jak i całej grupy. Dlatego poświęć temu jak najwięcej czasu.

Na początek wybierz 2-3 osoby i napisz do nich wiadomość. Potem będziesz dodawać nowych.

Jest kilka kryteriów, które musisz wziąć pod uwagę przy rekrutacji nowych członków:

Podobny poziom doświadczeń. Właściciel dobrze prosperującej firmy, będzie miał trudności z zaangażowaniem, jeśli reszta członków grupy to początkujący przedsiębiorcy i odwrotnie — komuś, kto dopiero zaczyna, będzie trudno zapewnić adekwatną wartość osobom, które mają o wiele większe doświadczenie.

Równowaga dawania i czerpania korzyści. Każdy członek powinien starać się zrównoważyć wartość, jaką wnosi do spotkań z pomocą, którą otrzymuje.

Podobne wartości, przekonania i etyka pracy.- Podobieństwo na tych obszarach znacznie ułatwia wzajemną komunikację oraz zrozumienie.

Brak rywalizacji — Otwartość i wymiana pomysłów nie będzie możliwa, jeśli w grupie pojawi się rywalizacja. Jeśli zaobserwujesz jej przejawy, natychmiast zwróć na to uwagę.

Poziom zaangażowania. – Żadna grupa nie przetrwa, jeśli ludzie nie będą skłonni do zaangażowania się na 2 wymiarach: obecności na spotkaniach oraz aktywności podczas spotkań.

Warto zadać kandydatowi kilka pytań, które przybliżą Ci jego osobę oraz pokażą, że bierzesz spotkania na poważnie:

  • Czy masz osobistą lub biznesową wizję? Jeśli tak to jaką?
  • Jakie są twoje główne cele na następne 3 lata?
  • Czy znajdziesz czas, żeby zaangażować się w regularne spotkania?
  • Dlaczego powinieneś zostać wybrany/-a do naszej grupy? Co możesz zaoferować?

Jeśli nie masz pojęcia, gdzie szukać odpowiednich ludzi, to poniżej znajdziesz kilka pomysłów:

  • Osobiście — wśród znajomych i przyjaciół.
  • Grupy w mediach społecznościowych.
  • Fora tematyczne
  • Kluby — Np. Toastmasters  to miejsce, gdzie z pewnością znajdziesz ambitnych ludzi, którym zależy na własnym rozwoju.
  • Szkolenia, warsztaty z rozwoju osobistego.

 

4. Ustal i zablokuj czas na spotkania.

To niezwykle ważne, aby ustalić stałą porę spotkań, do której dopasują się wszyscy członkowie. Ciągłe Dopasowywanie czasu spotkań do wymogów członków prowadzi do nieuchronnego rozpadu grupy.

Z jaką częstotliwością się spotykać?

Najbardziej efektywna forma to 1 raz w tygodniu, ale możesz też 2, lub raz na miesiąc.

Warto nie przekraczać czasu 60 minut, ponieważ z doświadczenia wiem, że po tym czasie ludzie zaczynają odpływać uwagą i się męczyć.

Jaki wybrać komunikator?

Skype oraz Google Hangouts sprawdzają się całkiem dobrze. Warto, aby uczestnicy mieli możliwość widzenia się przez kamerki. Dzięki temu każdy będzie skupiony na spotkaniu.

 

5. Ustal sposób komunikacji poza spotkaniami.

W celu podtrzymania relacji warto zaangażować się w komunikację poza spotkaniami. Może to być dowolny Czat, taki jak grupa na messengerze.

Jako twórca grupy staraj się też kontaktować z resztą członków w czasie pomiędzy spotkaniami, aby sprawdzić, jak im idzie realizacja zobowiązań.

 

6. Zacznij z petardą.

Już od samego początku wymagaj obecności — Zaangażowanie jest kluczowym czynnikiem, który determinuje trwałość i FLOW mastermindu.

Używaj konstruktywnej krytyki — dobrą techniką na dawanie feedbacku jest „oceniająca kanapka — na początku wymieniasz pozytywny, w środku co można poprawić i kończysz pozytywnym akcentem.

Bądź szczery do bólu — zachęcaj członków do tego samego, ponieważ szkoda tracić czasu na owijanie w bawełnę i wykrętne odpowiedzi.

 

Czy powinieneś być Facylitatorem grupy?
Facylitator to osoba, której zadaniem jest zbudowania zaufania w grupie, pomoc w ustalaniu celów oraz zarządzanie wyzwaniami, które się pojawią.

W przeciwieństwie do Coacha, trenera lub konsultanta, Facylitator MM jest na równi z resztą członków zespołu. Nie oznacza to, że musisz unikać wchodzenia w rolę eksperta, ale twoim priorytetem powinno być wyciągnięcie odpowiedzi wśród członków grupy.

Jeśli jesteś profesjonalnych trenerem rozwoju osobistego, masz pewne wyuczone sposoby komunikacji, które musisz zaadaptować do warunków mastermindu.

 

Zadaniem Facylitatora jest:

  • Uważny monitoring podejmowanych działań przez członków grupy
  • Komunikacja w trakcie przerw pomiędzy spotkaniami oraz sprawdzanie postępów w zobowiązaniach.
  • Pomoc członkom, zmagającym się z problemami.
  • Czujność na zmianę celów, jako ucieczkę od podejmowania akcji.
  • Asystowanie członkom w tworzeniu ambitnych celów.
  • Prowadzenie dyskusji podczas spotkań.
  • Rozwiązywanie problemów, które zagrażają funkcjonowaniu grupy.

 

Sukces twojej grupy mastermind jest zależny od Ciebie. Jako założyciel i prowadzący grupy jesteś odpowiedzialny za jej prawidłowe funkcjonowanie.

Na początku nie jest łatwo — sam cały czas się uczę i wiem, że popełniam dużo błędów. Mam jednak świadomość, że są one niezbędne w rozwoju.

 

Stwórz własną drużynę sukcesu już dzisiaj! Zmień swoje otoczenie i osiągnij pełny potencjał!

 


Jeśli uważasz, że wiedza w tym artykule jest dla Ciebie wartościowa, to zapisz się na newsletter, polub moją stronę na Facebooku, aby nic cię nie ominęło.

W kolejnym wpisie dowiesz się, jaki jest najlepszy wzór agendy na spotkanie, w międzyczasie możesz już zacząć korzystać z agendy, której obecnie używam. 

Ps. Jeżeli będziesz mieć jakiś problem z otrzymaniem bonusu, to napisz na prywatną wiadomość mojego fanpage’a.

 

 

 


 

7 prostych kroków do opanowania nowego języka…w 6 miesięcy

7 prostych kroków do opanowania nowego języka…w 6 miesięcy

Chcesz szybko nauczyć się nowego języka bez nużącego „wkuwania” i klepania formułek gramatycznych? Nie w dwa lata…a nawet nie w rok… ale w zaledwie 6 miesięcy? Brzmi to dla Ciebie jak totalne szaleństwo?  Jeśli to możliwe, to w jaki sposób tego dokonać? W dzisiaj poznasz skuteczne i proste wskazówki na poskromienie nowego języka zaskakująco szybkim czasie.

 

2 mordercze mity, które powstrzymują Cię przed zostaniem poliglotą

Niestety wokół nauki języków narosło wiele dziwnych i szkodliwych mitów, które powstrzymują Cię przed rozpoczęciem Twojej własnej przygody z nowym językiem.

Dlatego najpierw musisz sobie je uświadomić i zmienić swoje podejście o 180 stopni.

Pierwszym z nich jest błędne przekonanie, że do nauki języków potrzebny jest talent. Nierzadko objawia się  pod postacią przekonań: ” Nie mam głowy do języków!” lub „Nauka języków jest trudnaaaaaa….!”

Brzmi znajomo?

Przekonania te mogą mieć swoje źródło w początkowych latach szkolnej edukacji, gdzie często dzieli się dzieci na te „zdolne” oraz te „mniej utalentowane”. W wyniku tego nieświadomego zabiegu wiele osób nie tylko zniechęca się do nauki języka, ale też zaczyna darzyć  pogardą wszystko, co jest z nią związane.

Musisz uświadomić sobie, że bez względu na to ile masz lat oraz jaki masz obecnie poziom wiedzy, możesz opanować nowy język, tak by czuć się swobodnie w nim rozmawiać z ludźmi na całym świecie. Wbrew pozorom nie jest to luksus zarezerwowany tylko dla wybrańców, którzy zaczęli się uczyć od dziecka i są „zdolni”.

Nie potrzebujesz więc talentu, żeby odnieść sukces. Nie mówię, że talent się nie przydaje, ponieważ bez wątpienia czyni proces nauki łatwiejszym.

Jednak najbardziej kluczowym czynnikiem, który determinuje twoje zwycięstwo jest samodyscyplina. A jest to umiejętność, którą może wyćwiczyć każdy.

<Zobacz tutaj jak wypracować żelazną samodyscyplinę.>

Kolejnym budzącym grozę mitem jest pokładanie nadmiernej, wręcz ślepej wiary w tzw. emigracyjną immersję językową — czyli znajome szkolne porzekadło: „Proszę paniiii…po co mi ten angielski… pojadę do Anglii to się nauczę w 3 miesiące”.

Miałem szczęście obalić ten mit osobiście, kiedy dwa lata temu udałem się na „wakacyjną emigrację” w celu szybkiego zarobienia na studia. Co prawda mój Angielski był niezły, ale liczyłem, że podszlifuję swoje umiejętności w kontakcie z tubylcami.

Co więc okazało się po 3 miesiącach mrówczej pracy?

Mój Angielski byłby dokładnie na tym samym poziomie, co na początku, gdybym nie wymuszał interakcji z lokalsami, wdając się w przyziemne rozmowy. (W pracy nie było szans, bo sami Polacy.)

Tylko dzięki temu byłem w stanie trochę podłapać uliczny akcent, który nawiasem mówiąc, miał się do „szkolnego” Angielskiego tak jak szydełkowanie do biegów górskich ultra.

Nie mogę powiedzieć, że było to komfortowe, ale po jakimś czasie niepewnych podchodów pokonałem swoje lęki i zacząłem nawiązywać kontakty.

Nie wystarczy więc jechać do kraju z pobożną nadzieją, że dar biegłości językowej bez wysiłku zawita w naszym mózgu, zmieniając nas w native speakerów.

Niestety to mit, szczególnie kiedy nie zna się podstaw. Trzeba aktywnie słuchać, cały czas wystawiać się na dyskomfort oraz wykorzystywać nawet najmniejszą okazję do rozmowy.

Skoro już obaliliśmy dwa najbardziej popularne mity, to czas przejść do praktyki, czyli tego, co tygryski lubią najbardziej 🙂


Krok 1. Opanuj  1000 kluczowych słów

To dużo? Zapewne może tak Ci się wydawać na początku, ale jak się okazuje 1000 najczęściej używanych w Angielskim słów pokrywa aż 85% codziennej komunikacji! Z kolei 3000 słów pokrywa 98% codziennej komunikacji!

Według mnie najszybszym sposobem na opanowanie słownictwa jest metoda fiszek, o której pewnie kiedyś słyszałeś.

Ważna zasada: Nie staraj się zapamiętywać pojedynczych słówek — ucz się mówić naturalnie. Poznawaj słówka w kontekście, w którym występują, bo inaczej nie będziesz wiedzieć, jak i kiedy je używać.

Krok 2. Zacznij Mieszać!

Czy jesteś świadomy, że znając 10 podstawowych czasowników, 10 rzeczowników oraz 10 przymiotników możesz stworzyć 1000 możliwych zwrotów?

Wszystko, czego potrzebujesz to nieszablonowe podejście do nauki. Trenuj język na luzie, bez presji i samokrytyki. Niech będzie to dla Ciebie zabawa, podczas której uwalniasz swoją kreatywność.

Jeśli będziesz sfrustrowany, zdenerwowany lub zestresowany, to nic z tego nie będzie — mózg nie jest skłonny do współpracy w takim środowisku.

Zacznij mieszać i tworzyć swoje konstrukcje, dokładnie tak, jak robi to małe dziecko, które po raz pierwszy zaczyna używać języka. To nie musi być perfekcyjne — ważne, że działa!

Krok 3. Zanurz swój mózg – słuchaj!

Nie musisz rozumieć i zapewne nie będziesz na początku, ale nie przejmuj się. Dzięki słuchaniu języka zaczynasz oswajać się z dźwiękami, wzorami oraz rytmem języka. Po jakimś czasie zaczniesz wyłapywać dużo z kontekstu.

Możliwości się naprawdę duże: możesz słuchać podcastów, oglądać filmy na YouTube, słuchać radia — a wszystko to dowolnym języku. Pewnie jesteś świadomy, że internet daje ogromne możliwości, ale chcę Ci przypomnieć, że możesz, a nawet musisz to wykorzystać.

Krok 4. Używaj języka już od I dnia

Czy zastanawiałeś się, dlaczego szkolna edukacja jest tak mało skuteczna? Dlaczego po 9 latach zakuwania w szkolnej ławce większość ludzi nadal boryka się z płynnym mówieniem w obcym języku?

Odpowiedź jest prosta: Za dużo teorii — za mało praktyki.

I kiedy mówię o praktyce,  nie mam na myśli wypełnianie zeszytu ćwiczeń i rycie teorii czasów na pamięć.

Język służy do komunikacji i właśnie w ten sposób powinniśmy się go uczyć — rozmawiając z  ludźmi i wychodząc z „bańki komfortu.”

Dlatego używaj języka już od pierwszego dnia nauki. Musisz pozbyć się poczucia lęku przed porażką i ośmieszeniem się . Traktuj proces jako zabawę i popełniaj błędy, ponieważ to one są kluczem do skutecznej nauki.

Przykład z życia: W poprzednie wakacje, wraz z moim przyjacielem szwendaliśmy się po Norwegii autostopem. Znałem podstawowe zwroty Norweskiego, ale to wystarczyło, aby wywołać pozytywną  reakcję ze strony tubylców. Gdybym czekał, aż nauczę się Norweskiego do perfekcji, prawdopodobnie nigdy bym się nie odezwał ani słowem.

Krok 5. Znajdź mistrza

Zapewne jesteś świadomy, że możesz uczyć się przez Skype, nie wychodząc z domu. Nie mówię tutaj o „korkach” gdzie wkuwasz struktury gramatyczne i suchą teorię, w panice przed nadchodzącym egzaminem lub niezaliczeniem roku na studiach.

Mam na myśli rzetelne lekcje komunikacji, najlepiej metodą bezpośrednią, czyli skoncentrowaną na dynamicznej konwersacji w ok. 90% i w ok. 10% na teorii oraz gramatyce. 

Nauczyciel, który potrafi zarówno uczyć, jak i wspierać od psychologicznej strony jest na wagę złota.

Możesz też poszukać coacha językowego, który pomoże Ci pozbyć się blokad oraz wyznaczyć cele.

Ja nauczyłem się w ten sposób Angielskiego oraz Hiszpańskiego i mogę śmiało powiedzieć, że to bardzo wygodny i skuteczny sposób nauki.

Krok 6. Poszukaj partnera językowego

Partner językowy to osoba, z którą spotykasz się na Skype (lub innym komunikatorze) i ćwiczysz język. Działa to na zasadzie wymiany językowej. Ty uczysz go np. polskiego, a on Ciebie hiszpańskiego.

Przykładowa struktura takiego spotkania może wyglądać tak: 30 minut polski, 30 minut hiszpański.

Pewnie Cię nie zdziwi, że istnieją tuziny portali, które umożliwiają łatwe znalezienie takiej osoby do wzajemnej nauki. Osobiście korzystałem z MyLanguageExchange.com

Takie konwersacje z native speakerem są bezcenne, gdyż pozwalają na kontakt z naturalnym językiem.

Dodatkowy plus jest taki, że możesz nawiązać znajomości na całym świecie 🙂

Krok 7. Ćwicz mięśnie twarzy

Zawsze, kiedy chce nauczyć się podstaw nowego języka, zaczynam mówić i powtarzać na głos już od pierwszego treningu.

Nauka języka nie polega tylko na gromadzeniu wiedzy, ale też na konkretnym treningu mięśni twarzy.

Aby mówić sprawnie i płynnie określone mięśnie (jest ich 43!) muszą zostać wyćwiczone tak, aby nawykowo formułować nowe dźwięki.

Jeśli po treningu czujesz ból twarzy, to znaczy, że zmierzasz w dobrym kierunku.

3-tygodniowa strategia na błyskawiczny start

„Jak mam zacząć?” – pewnie zadajesz sobie to pytanie, jeśli czujesz się zmotywowany, chcesz podjąć wyzwanie i nauczyć się nowego języka w ciągu następnych 6 miesięcy. Przygotowałem dla Ciebie plan startowy, którym możesz się posłużyć, aby nabrać rozpędu.

Możesz go dostosować do własnych potrzeb, ale pamiętaj, że zawsze warto mieć jakiś plan.


 

Tydzień I — Pudełko z narzędziami.

Cel #1: Podczas pierwszego tygodnia opanuj podstawowe zwroty „wytrychy”, które umożliwią Ci dogadanie się nawet w najtrudniejszych warunkach.

  • Co to jest?
  • Jak to powiedzieć po…?
  • Nie rozumiem…
  • Możesz powtórzyć to wolniej…

Cel #2: Zacznij tworzyć swój pierwszy zestaw fiszek na quizlet.com. Idealna formuła na superskuteczną fiszkę to:

                                                                                źródło: www.quizlet.com


 

Tydzień II — kluczowe zaimki, popularne czasowniki, przymiotniki, rzeczowniki

Cel #1: Opanuj 10 kluczowych wyrazów z każdej grupy. To zaledwie 6 słówek dziennie! Po tygodniu będziesz znał już podstawy. Nie zapomnij o nauce w kontekście i powtarzaniu ich na głos w celu ćwiczenia mięśni twarzy.

  • Ty
  • To
  • Ja
  • brać
  • zimny

Cel #2: Poświęć 15 minut na zrobienie playlisty na YouTube, składającej się z interesujących Cię materiałów w języku, który chcesz opanować. Każdego dnia słuchaj przynajmniej przez 10 minut. (W ciągu miesiąca to 5 godzin słuchania żywego języka.)

Możesz to robić podczas jazdy do pracy, sprzątania lub biegania. Pamiętaj — nie ważne, że nie rozumiesz! To ćwiczenie ma na celu oswojenie Cię z dźwiękami oraz rytmem języka, a nie natychmiastowe zrozumienie komunikatu.

Cel #3: Poszukaj nauczyciela/mentora na Skype. Najlepiej, żeby była to osoba, która jest biegła w metodach skutecznej nauki.


 

Tydzień III – słowa łączące.

Cel #1: Opanować podstawowe słówka, które pozwolą Ci łączyć w złożone zdanie te, które już znasz.

  • ale
  • ponieważ
  • nawet jeśli
  • dlatego

Cel #2: Poszukaj partnera językowego na dowolnej stronie do wymiany językowej i ustal z nim stałą porę spotkań na dowolnym komunikatorze (polecam Skype)


Rozpocznij swoją ścieżkę poligloty już dziś!

Wykorzystując powyższe rady, będziesz w stanie dramatycznie przyspieszyć proces przyswajania nowego języka i zaledwie po 6 miesiącach czerpać wszystkie korzyści z jego znajomości.

Pomimo tego, że brzmi to optymistycznie, nauka w tak szybkim czasie nie jest dla każdego.

Jeśli nie jesteś gotowy, aby zainwestować czas oraz energię w proces, istnieje duże prawdopodobieństwo, że Ci się nie powiedzie.

Niemniej jednak…

Wierzę, że jesteś w gronie osób, którym zależy na zostaniu najlepszą wersją siebie i osiągnięciu swojego pełnego potencjału. Samo to, że czytasz ten artykuł, wskazuje na to, że chcesz od życia czegoś więcej, niż tylko funkcjonowanie na  trybie „domyślnym”.

Powodzenia!


7 zaskakujących aplikacji, z którymi skutecznie osiągniesz swoje cele. Poznaj potęgę grywalizacji.

7 zaskakujących aplikacji, z którymi skutecznie osiągniesz swoje cele. Poznaj potęgę grywalizacji.

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad skutecznym sposobem na połączenie zabawy i rozwoju osobistego?

W tym wpisie poznasz interesującą metodę, która może pomóc Ci zwiększyć twoją motywację, podnieść produktywność i samodyscyplinę oraz zbudować świetną kondycję – a wszystko to dzięki mechanizmom gier wideo.

 

Czym jest grywalizacja

Elementy grywalizacji, czyli — wyzwanie, motywacja i nagroda — były obecne w grach wideo od samego początku ich istnienia. Powstało wiele definicji, ale całą koncepcję można sprowadzić do jednego prostego zdania:

Jeśli zmienisz swoje życie w grę z cyfrowymi nagrodami za życiowe osiągnięcia, będziesz bardziej zmotywowany do realizacji swoich celów.

Drobne nagrody, które dostajesz  za sukcesy, budują nowe, pożądane przez Ciebie zachowania, które z czasem przekształcają się w trwałe nawyki. Z chwilą, kiedy nawyk zostanie utrwalony, wykonujesz go bez użycia siły woli – automatycznie.

Zgrywalizować możemy dosłownie każdy aspekt naszego życia, sprawiając, że nawet najnudniejsze i najbardziej wymagające czynności będą przynosić nam niezmierną frajdę.

Jeśli we właściwy sposób skorzystasz z tego, co oferuje grywalizacja, możesz wejść na całkiem nowy poziom życiowej skuteczności i wreszcie osiągnąć swoje małe i duże cele.

Bez zmuszania się, wewnętrznej walki i presji.

Jak wygląda to w teorii i praktyce?

 

Mechanizmy gier i motywacja

Aby zrozumieć, jak grywalizacja wpływa na nasze zachowania, musisz najpierw poznać źródło motywacji. Powstało wiele teorii starających się wyjaśnić, co motywuje człowieka do działania, ale w pigułce są to 3 kluczowe elementy:

Autonomia: Poziom twojej motywacji wzrasta wprost proporcjonalnie do poziomu autonomii. Kiedy jesteś w pełni odpowiedzialny za swoje działanie, twoja motywacja jest na najwyższym poziomie i w konsekwencji będziesz trzymać się swoich celów o wiele dłużej. 

Wskazówka: Brak autonomii dosłownie zabija motywację, dlatego, kiedy nie masz kontroli, postaraj się ją zwiększyć. Możesz to zrobić w prosty sposób: rób więcej, niż wymaga od Ciebie środowisko, nauczyciele, szef, klienci itd. 

Wartość: Im większe znaczenie ma dla Ciebie wybrany cel, tym większa szansa, że go zrealizujesz. Brzmi to logiczne, ale wiele osób o tym zapomina.

Wskazówka: Jeśli musisz zrealizować zadania, które nie ma dla Ciebie znaczenia, możesz nadać im własny sens. Osobiście staram się postrzegać nudne i nieproduktywne zadania, jako doskonałą możliwość do treningu siły woli, która jest uniwersalnym zasobem. Oznacza to, że zasoby siły woli zdobyte np. na pisaniu pracy dyplomowej, będę mógł wykorzystać do realizacji znacznie istotniejszych dla mnie celów.

Kompetencje: Poświęcając dowolnej aktywności coraz więcej czasu, stajesz się w tym coraz lepszy, i w konsekwencji zyskujesz wysokie poczucie kompetencji. Twoja motywacja wzbija się wtedy w kosmos.

Wskazówka: Kiedy chcesz nauczyć się czegoś nowego, rozwiązanie jest proste — po prostu to rób! Ucz się na błędach. Przykład z życia: Ponad rok temu chciałem usprawnić swoje ciało przy pomocy ćwiczeń z yogi. Postanowiłem więc, że zrobię 30-dniowe wyzwanie na You Tube. Dzięki temu codzienne ćwiczenia stały się moim nawykiem, który daje mi poczucie energii i witalności każdego dnia.

 

Dodatkowym źródłem motywacji jest rywalizacja z innymi graczami. Niektóre osoby mają rywalizację we krwii i jest to ich największym motywatorem, z kolei inni, jej nie znoszą. 

Osobiście staram się rywalizować tylko z jedną osobą — wczorajszą wersją siebie 🙂 

Powyższy schemat ukazuje, na jakie elementy związane z wewnętrzną motywacją oddziałuje grywalizacja.

(Ogólnie mówiąc, psychologia rozdziela motywację na dwa typy: wewnętrzną oraz zewnętrzną. Zewnętrzna pochodzi od takich czynników jak uznanie lub pieniądze, natomiast wewnętrzna z tego, co sprawia nam frajdę).

 

Co dzieje się w mózgu

Mechanizmy gier wypływają na twój mózg na poziomie neuronalnym. Oto dwa podstawowe fakty, które warto znać:

Dopamina jest hormonem, który jest wydzielny przez mózg w trakcie doznawania przyjemności, takiej jak np. nagrody. Jest ona swego rodzaju mózgową wersją marchewki. Im więcej celów osiągasz, tym więcej dopaminy się wydziela i ostatecznie łatwiej jest ci się motywować do określonych zadań.

Grywalizacja koncentruje się na zapewnianiu graczom ciągłej stymulacj, przez zapewnianie cyfrowych nagród, dzięki czemu są oni skłonni do powtarzania określonych zachowań.

Ekscytacja i dreszczyk emocji podczas rozgrywki są zwykle wywoływane przez Endorfiny, zwanymi też hormonami szczęścia. Są to naturalne substancje produkowane przez mózg, które pomagają skuteczniej zarządzać stresem oraz zmniejszyć percepcję bólu. W skrócie: sprawiają, że łatwiej cieszyć się życiem.

 

 Zgrywalizuj swoje życie już teraz

Obecnie istnieje szereg płatnych i bezpłatnych aplikacji oraz programów, które pozwolą Ci zmienić dowolny obszar życia w ekscytującą rozgrywkę. Większość z niżej przedstawionych wyprobowałem osobiście, ale  miej na uwadze, że mechanizmy, na których są zbudowane mogą mieć zupełnie inny wpływ na Ciebie.

 

 Ogólna Produktywność – Habitica RPG

 

aplikacja do grywalizacji

 

Habitica jest grą RPG (role-playing game), w której tworzysz własnego awatara i rozwijasz go, wykonując nawyki, codzienne cele oraz listę D0-zrobienia. Możesz walczyć z potworami w zespole przyjaciół, zdobywać nowe przedmioty dla swojej postaci, złoto i nagrody. Przyjemny design gry oraz mnogość opcji zapewniają doskonałą zabawę połączoną z rozwojem.

  • Na samym początku warto ustalić sobie 2-3 łatwe nawyki i postanowienia, aby nie nałożyć na siebie zbyt dużej presji. Testując aplikację, wziąłem na siebie zbyt wiele i odniosłem porażkę.

Poznaj mój sposób na potworną produktywność.

 

Ogólna Produktywność – LifeRPG

 

grywalizacja

 

LifeRPG  jest doskonałym wyborem, jeśli zależy Ci na personalizacji systemu gry pod własne potrzeby. Aplikacja umożliwia tworzenie własnych misji,  systemu nagród oraz dodawanie i rozwijanie pożądanych umiejętności. Za realizację misji zyskujemy punkty doświadczenia, wzmacniające nasze umiejętności oraz diamenty, które możemy wymienić na ustaloną wcześniej nagrodę.

  • Na początku potrzeba trochę czasu, aby odpowiednio skonfigurować system pod własne wymagania, ale gdy wszystko zaczyna śmigać, wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.
  •  Jak narazie brakuje w niej możliwości dzielenia się misjami z innymi graczami oraz rywalizacji.

 

 

Aktywność fizyczna –  Zombies, Run!

 

grywalizacja fitness
http://cdn1.alphr.com/sites/alphr/files/2017/05/zombies_run_running_app_fitness.jpg

 

Chcesz zostać bohaterem w świecie opanowanym przez hordy nieumarłych i przy okazji zbudować spartańską kondycję? Jeśli tak, to gra Zombies, Run! jest dla ciebie.

Jak to działa?

Biegasz ze słuchawkami, słuchając muzyki, a w przerwach uczestniczysz rozwijającej się dramatycznej historii, której jesteś bohaterem. Akcja rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie, w którym każdego dnia toczy się walka o przetrwanie.

Aplikacja bardzo przypadła mi do gustu, ponieważ niezwykle urozmaica bieganie i sprawia, że nawet ta trasa, którą przebiegłem wcześniej setki razy, wydaje się fascynująca.

Dzięki niej odkryjesz bieganie na nowo, jako postapokaliptyczny posłaniec, od którego zależy życie ludzi.

  • Aplikacja jest obecnie dostępna tylko w wersji angielskiej.
  • Doskonała zarówno dla żółtodziobów, jak i starych wyjadaczy, którzy wpadli w rutynę.

 

Zdrowie mentalne – Mindbloom

 

grywalizacja
https://d2c2hl2l09jgri.cloudfront.net/media/home/img/lifegame-gallery/Actions-Large.png

 

Mindbloom pozwala na monitorowanie nastroju oraz identyfikowanie stresorów w twoim życiu.

Jak to działa?

Na samym początku dostajesz drzewko, którego każda gałąź reprezentuje inny, istotny dla Ciebie obszar  życia.

Aplikacja nagradza Ci za robienie rzeczy, które odżywiają każdą z gałęzi. Może to być dbanie o swoje zdrowie, relacje, finanse — może to być cokolwiek co „zawiesisz” na swojej gałęzi.

  • Dostępna jest tylko wersja Angielska.

 

Zobacz jak skutecznie radzić sobie z trudnymi emocjami za pomocą 3 mało znanych sposobów.

 

 

Motywacja – SuperBetter

 

grywalizacja
https://www.imedicalapps.com/wp-content/uploads/2015/12/FI_SuperBetter.jpeg

 

Super Better rozbija duży Twój duży cel w fascynującą podróż, podczas której możesz pokonać złe nawyki oraz zbudować odporność psychiczną.

Pozwala Ci monitorować twój fizyczny, mentalny oraz emocjonalny rozwój, oferując zachęcające nagrody oraz odblokowując nowe wyzwania do pokonania.

Tutaj możesz zobaczyć interesującą przemowę autorki aplikacji.

 

 

Obowiązki domowe Chore Wars RPG

 

grywalizacja

 

Jeżeli podobnie jak ja, nie znosisz tracić czasu na sprzątanie, ten skromny RPG jest dla Ciebie. Gra pozwala na stworzenie własnej postaci i uformowanie drużyny z innymi domownikami. Waszym zadaniem jest zbieranie „punktów” doświadczenia za wykonywanie prac domowych.

Teraz nawet podłe czyszczenie toalety zamieni się w niezapomnianą przygodę, którą pieśniarze będą wyśpiewywać po wieki.

  • Aplikacja jest dostępna tylko w wersji webowej i nie jest już oficjalnie wspierana, mimo to nadal dobrze spełnia swoje funkcje.
  • Design jest trochę przestarzały i na terenie Europy nie można wykupić wersji premium.
  • Szczególnie przydatna, aby w kreatywny sposób zachęcić dzieci do sprzątania.

 

Bonus: Samodyscyplina – Program Rozwoju Best You

 

grywalizacja

 

Postanowiłem przedstawić tę aplikację jako bonus, ponieważ jest dla mnie czymś więcej, niż zwykłym narzędziem do grywalizacji.

Jest to potężne i kompleksowe narzędzie, które dosłownie masakruje odkładanie spraw na później i przeciętność, uwalniając twój pełny potencjał.

Ten program jest dla Ciebie, jeżeli masz już dosyć niepowodzeń w swoim życiu i zamiast dążyć do najlepszej wersji siebie, stoisz w miejscu lub się cofasz.

Pomoże Ci zbudować żelazną samodyscyplinę w ciągu 10-miesięcznego treningu,  w trakcie którego będziesz prowadzony przez proces za rękę, krok po kroku. Jego autem jest minimalizm oraz wiedza poparta naukowo.

Mogę z czystym sercem stwierdzić, że zmienił on moje życie na lepsze w naprawdę wielu aspektach.

  • Zapisy do najbliższej edycji programu odbędą się w kwietniu 2018 roku.
  • Do programu zapisało się już ponad 1000 osób (w tym ja).
  • Największa korzyść: Minimum teorii, maksimum praktyki.

Kliknij tutaj, aby poznać sprawdzone sposoby na spartańską samodyscyplinę

 

 

Czy powinieneś spróbować grywalizacji?

Podsumowując, grywalizacja wzbudza naszą wewnętrzną motywację, pomaga realizować cele oraz sprawia, że rozwój osobisty staje się zabawą, ale pamiętaj…

Nie przekonasz się, czy działa dla Ciebie, dopóki nie sprawdzisz w praktyce. Nie musisz grywalizować wszystkiego w swoim życiu, wystarczy, że na początek wybierzesz jedną technikę/aplikacje, która wydaje Ci się interesująca i poeksperymentujesz z nią przez kilka tygodni. Miej na uwadze, że…

…nie jest to magiczny środek, który sprawi, że wykona całą pracę za Ciebie. Jeśli nie chcesz wprowadzić zmian w swoim życiu i wejść na wyższy poziom w swoim życiu, żadna aplikacja, program, czy technika Cię do tego nie zmusi.

 

Pobierz wybraną aplikację już teraz
i zostań bohaterem swojego życia!

 

 

 

Zobacz też

 

 

 

 

Buddyjski sekret na zabójczą skuteczność

Buddyjski sekret na zabójczą skuteczność

Zaledwie 3 lata temu byłem zupełnie niezdolny do skutecznego działania. Stale obsuwałem się w swoich postanowieniach, tkwiłem w stagnacji i traciłem dużo czasu na bezproduktywnych czynnościach. Nie byłem zwyczajnie niezadowolony z chaosu, który mnie otaczał. Byłem zdesperowany.

 

Wreszcie postanowiłem poszukać sposobu na moje problemy w czeluściach internetów. Po wielu latach błądzenia, porażek i drobnych sukcesów znalazłem, to czego szukałem. Przyznaję — trochę to trwało, ale ostatecznie odkryłem to, co najbardziej mnie blokuje i uniemożliwia wejście na wyższy poziom.

Zgadnij, co się stało, kiedy zacząłem wdrażać tę wiedzę w praktykę…

Wyeliminowałem większość zjadaczy czasu, zacząłem mądrze planować swój dzień i tydzień, wdrożyłem systematyczne treningi swojego ciała i umysłu, wstaję o 6.00 rano (chociaż nie muszę, bo pracuję zdalnie) osiągnąłem też niezwykły poziom systematyczności i produktywności, o którym jeszcze kilka lat temu mógłbym pomarzyć.

I tak jest to tylko niewielka część tego, co dała mi ta wiedza.

Co więc było lekarstwem na moje problemy? Szkolenia motywacyjne? Medytacja? Przełomowy suplement? Terapia? Coaching? Cudowna książka? Hipnoza?

Nie. Możesz wierzyć lub nie, ale istnieje jeden czynnik, który może zdeterminować, czy uwolnisz swój pełny potencjał i zostaniesz panem/panią swojego losu, czy skończysz jako niewolnik własnych emocji, zachcianek i okoliczności.

Co zaskakujące, czynnik ten znany jest w pewnych kręgach już od tysięcy lat. Jego pierwszy formalny zapis zawiera się w Dharmie, buddyjskim zbiorze zasad, które uczą jak żyć bardziej świadomie. System ten był pierwotnie używany przez królów i królowe, jako narzędzie do skutecznego zarządzania królestwami, a mnisi Tao do wprowadzania nauk Buddy w codzienność oraz dążenia do stanu Oświecenia (sanskr. nirvāṇa.)

Prawo Dharmy składa się z 4 ponadczasowych zasad: Prawdy, Czystości, niestosowaniu przemocy oraz dyscypliny…

I to właśnie dyscyplina, a konkretniej samodyscyplina, jest sekretnym składnikiem na potworną skuteczność w życiu… Mnichom służyła do rozwijania większej koncentracji w trakcie medytacji oraz kontroli nad pokusami i pragnieniami zmysłowymi materialnego świata.

Założę się, że ten termin obił ci się kiedyś o uszy, ale czy zdajesz sobie sprawę, że to właśnie on jest kluczem, otwierającym wrota do praktycznie wszystkiego, czego pożądasz w swoim życiu?

Wyobraź sobie, że z pasją i ogniem w oczach zabierasz się za realizację dowolnego celu. Chcesz przygotować się na maraton? Zaczynasz trenować. Chcesz nauczyć się nowego języka? Z łatwością siadasz i się uczysz. Chcesz przejść na zdrową dietę? Eliminujesz śmieciowe jedzenie. Twoje życie dosłownie staje się spiralą rozwoju i wzrostu. I co najlepsze, mając żelazną siłę woli, nie czekasz, aż pojawi się motywacja, czy chęci, aby zacząć — po prostu działasz, jak cyborg, zaprogramowany na zwycięstwo nad słabościami.

Jest jednak jeden minus, o którym musisz wiedzieć. Zbudowanie samodyscypliny wymaga wysiłku i nie jest to przyjemny proces. Dlatego też wiele ludzi nigdy nie osiąga tego, o czym marzy, ponieważ nie chce się męczyć. Pamiętaj, że to trening, który wymaga od ciebie energii, czasu i poświęcenia. Uświadom sobie już teraz, że to nie przelewki, a unikniesz wielu rozczarowań w przyszłości. Wierzę, że każdy jest w stanie poprawić swoją życiową skuteczność, dzięki podniesieniu poziomu samodyscypliny, ale nie każdy to zrobi.

Dobra. Skoro rozbudziłem już twoją ciekawość, to przejdźmy wreszcie do konkretów.

 

Oto co mówią badania1 na ten temat: „Nowa skala pomiaru wykazuje wysoką wewnętrzną spójność oraz możliwość do replikacji badań. Wyższe wyniki na skali samokontroli korelują z takimi zmiennymi niezależnymi jak wyższe średnie ocen, lepsze przystosowanie społeczne, mniej objawów patologii i nałogów, lepsze relacje międzypersonalne oraz umiejętności społeczne, bardziej adekwatne reakcje emocjonalne. […] Niski poziom samokontroli może być niebezpiecznym czynnikiem dla wielu personalnych oraz interpersonalnych problemów.”

Co to dla ciebie oznacza?

Zbudowanie potężnej samodyscypliny (tak, to możliwe) jest pierwszą rzeczą, którą powinieneś się zająć w swoim rozwoju, jeśli chcesz osiągnąć swoje cele, wykorzystać swój pełny potencjał i uniknąć wielu niepotrzebnych kłopotów w życiu.

Zbuduj najpierw fundament, na którym postawisz resztę. Bo co z tego, że będziesz miał ogromną wiedzę, skoro nie będziesz umieć wprowadzić jej w życie.

 

Jak więc zostać mistrzem samodyscypliny?

Żeby zbudować bezpieczny i trwały dom, musisz najpierw poznać jego plan, ponieważ w innym wypadku rozsypie się on przy pierwszej lepszej wichurze. Dlatego najpierw poznasz, czym jest samodyscyplina.

W skrócie: Jest to umiejętność działania pomimo braku chęci i motywacji oraz odraczanie krótkotrwałych przyjemności, na rzecz długotrwałych korzyści.

Można porównać ją do mięśnia, z tego powodu, że męczy się z każdym użyciem oraz systematyczny trening ją wzmacnia. Możesz ją również postrzegać, jako bak z paliwem, które zużywasz w trakcie takich aktów jak: wykonywanie wymagających zadań, podejmowanie decyzji, kontrola zachowania, myśli i emocji, czy robienie rzeczy, których nie lubisz.

Dla mnie jest to super moc, która pozwala mi przenosić góry i dążyć do najlepszej wersji siebie.

Siła woli jest więc zasobem, który się wyczerpuje i jest ograniczony, dlatego musisz nauczyć się mądrze z niego korzystać. Niemniej jednak warto pamiętać, że zawsze masz pod dostatkiem wystarczającą jej ilość, aby zmobilizować się do działania. Rzecz jasna w miarę jak będzie jej ubywać z twojego „baku”, będzie coraz trudniej Ci po nią sięgać.

Jak wcześniej wspomniałem, budowanie siły woli nie należy do najprzyjemniejszych czynności, ale dzięki tym 3 prostym taktykom zyskasz dużą przewagę, która pomoże ci szybciej wzbić się na wyższy poziom…

 

1. Małe codzienne kroki = Wielkie życiowe zwycięstwa

Jedną z najważniejszych rzeczy jest stawianie małych, systematycznych kroków. Realizacja złożonych i skomplikowanych projektów, czy próby zmiany swojej diety lub rozpoczęcia ćwiczeń fizycznych są z reguły przytłaczające i zamiast niepotrzebnie się męczyć, rozbijaj projekty na małe zadania i proste postanowienia.

Chcesz zacząć biegać? Trenuj przez 5 min dziennie. Masz do napisania trudny esej na studia? Podziel zadanie na małe porcje, które nie będą budzić twojego oporu i grozy.

Pamiętaj, że ludzie mają tendencję do przeceniania własnych sił, dlatego zawsze zaczynaj od małych kroków, a dopiero potem, kiedy zbudujesz nawyk, zwiększ poziom trudności swojego celu.

Przykładowo : po tym, jak dowiedziałem się o taktyce małych kroków, zaczynałem wprowadzać zmiany tylko w ten sposób. Po kilku próbach zrozumiałem, że jest to dla mnie jedyne rozsądne rozwiązanie. Biegać zacząłem od 15 minut trzy razy w tygodniu i kilka lat później skończyłem na 80 km + tygodniowo (przygotowując się do ultramaratonu) Z medytacją było podobnie — najpierw 5 min dziennie, aż do optymalnych dla mnie 20 minut. Kolejny przykład to zmiana diety — eliminacja śmieciowego jedzenia. Wszystko to osiągnąłem dzięki małym codziennym sukcesom, które wszystkie razem pozwoliły mi osiągnąć tak wiele.

 

2. Trenuj dyskomfort

Jednym z powodów, przez który masz przeciętny poziom siły woli, jest taki, że nawykowo unikasz trudnych i nieprzyjemnych rzeczy.

Jako ludzie z natury jesteśmy „skąpcami poznawczymi”, co oznacza, że jeśli stoimy przed wyborem wykonania jakieś czynności lub uniknięciem jej wykonania, to zwykle wybieramy to drugie. Dlatego, zamiast pracować nad sobą, rozwijać swoje talenty i pasje oraz każdego dnia przybliżać się do najlepszej wersji siebie, uciekamy do dystrakcji takich jak gry video, telewizja, śmieciowe jedzenie, kompulsywne zakupy, czy używki — tak jest łatwiej. Nie muszę wspominać, że taka ucieczka od nieprzyjemności prowadzi do chaosu, nieszczęść i stagnacji, które chyba większość ludzi chce uniknąć.

Rozwiązaniem jest celowe eksponowanie się na rzeczy, które budzą w tobie niechęć i ochotę ucieczki. Małymi krokami, bez pośpiechu, tak aby oswoić się z dyskomfortem i uczynić z niego swojego sprzymierzeńca.

Według mnie bieganie oraz medytacja stanowią przyzwoite ćwiczenie treningowe, ponieważ obie te czynności są zwykle nieprzyjemne dla początkujących i wymagają pokładów siły woli.

Nie mogę też nie wspomnieć o zimnych (lodowatych) prysznicach, którymi kiedyś zaraz z samego rana raczyłem swoje ciało. Nie wątpię, że to ekstremalna forma treningu dyskomfortu, ale łatwo dostępna i tylko pierwsze kilka sekund jest najgorsze.

Ktoś może powiedzieć: „Ale ja chce mieć komfortowe życie! przecież właśnie o to chodzi…”  Owszem, komfort jest przyjemny i wielce ceniony w dzisiejszym świece, ale… z drugiej strony stanowi najgorszą pułapkę, ponieważ to przez niego grzęźniesz w bagnie przeciętności. Pamietaj — Rozwijasz się tylko wtedy, kiedy odczuwasz nawet minimalny dyskomfort.

 

3. Monitoruj  postępy

Codzienne monitorowanie swoich postępów jest najskuteczniejszym narzędziem do wzmocnienia swojej samodyscypliny. Pozwala na aktywne śledzenie swoich sukcesów oraz porażek w dowolnych obszarach. Od kiedy zacząłem monitorować swoje postanowienia i nawyki, poziom mojej samodyscypliny i skuteczności wzrósł o 300%. Gorąco zachęcam, aby używać do tego aplikacji typu HabitTracking, które pozwalają na łatwe i szybkie zaznaczanie celów. W pewnym momencie twój codzienny cel przestanie stanowić dla ciebie wyzwanie, stanie się częścią Ciebie i będziesz robić go automatycznie, bez użycia siły woli. Najpierw jednak musisz przełamać swoje bariery.

Instrukcja w 4 krokach:

  1. Wybierz na początku jeden cel, który sformułuj w proste do realizacji postanowienie. Na przykład: „Codziennie robię minimum 3 pompki z samego rana”.
  2. Ustal, kiedy będziesz zaznaczać swój cel. Rano, wieczorem, czy zaraz po wykonaniu. Dodatkowo ustaw przypomnienie w telefonie.
  3. Zaznaczaj każdego dnia, czy odniosłeś porażkę, czy sukces w swoim celu.
  4. Po ok. 90 dniach (nieprzerwanego pasma sukcesów) zwiększ trudność swojego celu.

 

3 aplikacje, które możesz przetestować już teraz:

  • HabitBull
  • Streaks
  • Habitica

 

 

Podsumowując…

Niestety nie mogę upchnąć w jednym wpisie całej wiedzy z obszaru samodyscypliny, bo wyszłaby z tego opasłą księgą. Jest to zaledwie 5%. Niemniej jednak wierzę, że jesteś w stanie podnieść swoja życiową skuteczność oraz wytrwałości, dzięki tym taktykom.

Udało się to mi oraz wielu moim znajomym, którzy borykali się z podobnymi wyzwaniami w życiu. Jeśli więc zależy Ci na opanowaniu swojego umysłu i ciała oraz zostaniu architektem własnego życia — Zbuduj potężną samodyscyplinę!

Teodor Roosevelt, były prezydent Stanów Zjednoczonych powiedział kiedyś słowa, które doskonale oddają znaczenie samodyscypliny w życiu człowieka:

Jedyną wartością, która odróżnia jednego od drugiego – kluczem przenoszącym jednych w kierunku ich dążeń, gdy drudzy grzęzną w bagnie przeciętności – nie jest talent, wykształcenie lub błyskotliwość intelektualna; jest nim samodyscyplina. Z samodyscypliną wszystkie rzeczy są możliwe. Bez niej nawet najprostszy cel wydaje się nieosiągalnym marzeniem. T. Roosevelt

 

1http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/j.0022-3506.2004.00263.x/full

 

Dlatego zacznij już dzisiaj i nie zapomnij podzielić się swoją opinią w komentarzu!

 


 

Zobacz też

 

 

3 mało znane sposoby na kontrolę emocji

3 mało znane sposoby na kontrolę emocji

Moje ręce się trzęsą, zęby zgrzytają i ze wzbierającej we mnie złości mam ochotę roztrzaskać krzesło, które stoi mi na drodze. Jednak w przebłysku opanowania przypominam sobie pewien sposób na opanowanie tej wewnętrznej burzy. Stosuję ten trik i po kilku sekundach moja złość odchodzi,  pozostawiając mnie w osłupieniu. Wystarczyło kilka sekund i jedna prosta myśl, żebym wrócił do równowagi emocjonalnej…

 

 Jeśli czasami tracisz  kontrolę nad własnymi emocjami i kierują one twoim życiem, to ten wpis jest dla Ciebie.

 

 

Emocjonalny chaos

 

Zaraz Ci wszystko opowiem i będziesz mógł przetestować tę technikę (i nie tylko) na sobie, jednak najpierw musisz zrozumieć jedną ważną rzecz.

Nawet te emocje, które postrzegasz jako „negatywne” są Ci potrzebne, dlatego, że  zwracają one uwagę na to, co możesz zmienić w swoim życiu. Zadaniem każdej z emocji jest popychanie cię do działania oraz sygnalizacja, że potrzeby są niezaspokojone.

Na przykład zadaniem złości może być ochronienie naszych granic psychologicznych, a smutek może sygnalizować niezaspokojoną potrzebę przynależności do grupy.

O czym warto pamiętać to fakt, że ich źródłem i jednocześnie produktem są nasze myśli.

Przykład: Pomyślałem o jutrzejszym dniu, na który mam przygotować wystąpienie publiczne przed setką osób. Ta myśl sprawiła, że moje ciało się spięło, pojawiła się presja wewnętrzna i stres. Zaczęły pojawiać się kolejne dołujące myśli, coraz bardziej pogrążając mnie w tej spirali. 

Zarówno w moim, jak  i twoim życiu zdarzają się momenty, w  których czujemy się totalnie opanowani i przytłoczeni przez nieprzyjemne stany emocjonalne. Smutek, stres, przygnębienie, złość, gniew, zazdrość to tylko niektóre z emocji, mogących totalnie sabotować nasze życie, jeśli nie nauczymy się ich zauważać i skutecznie uwalniać. Najgorsze co możesz w takiej chwili zrobić (co ja przez wiele lat robiłem), to tłumić je w sobie i nie pozwalać sobie na swobodną ekspresję.

Prawdopodobnym powodem, dla którego nie mamy kontaktu z własnymi stanami emocjonalnymi, jest brak odpowiedniej edukacji, co więcej,  jako dzieci jesteśmy narażeni na dużo szkodliwych wzorców ze strony naszych rodziców, nauczycieli i rówieśników. Ile razy usłyszałeś frazy typu: „Przestań płakać! Duże dzieci nie płaczą!”, „Nie złość się już!”? Brak przyzwolenia na swobodną ekspresję emocji prowadzi to ich tłumienia i wypierania, co może być przyczyną wielu problemów emocjonalnych w dorosłym życiu.

Pewnie zadajesz sobie teraz pytanie, jak to możliwe, że w systemie edukacji i socjalizacji pomija się tak istotną sferę życia człowieka, która determinuje, czy będziemy wiedli spełnione i szczęśliwe życie, czy ponurą wegetację, pełną lęku, cierpienia i stagnacji…

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Być może to zbiorowa ignorancja, celowe działania rządu lub szkodliwe nawyki społeczne. To w gruncie rzeczy nie jest istotne…

Nieważne co z tobą zrobiono – ważne co ty z tym zrobisz…

Jesteś odpowiedzialny za swoje emocje. Może brzmi to niewygodnie, ale to prawda. Ty je tworzysz i ty masz moc wpływania na nie.

Ważne jest to, co  możesz zdziałać właśnie w tej chwili.  Robiąc  pierwszy krok do pełnej wolności emocjonalnej, pokażesz swoim bliskim, że emocje są niezwykle ważną sferą w życiu człowieka. Manifestując własną emocjonalną dojrzałość i pokazując właściwe wzorce, jesteś w stanie dołożyć swoją cegiełkę do większych zmian –  to według mnie jedyny sposób, ponieważ próba zmiany ludzi wokół siebie jest zwykle skazana na porażkę.

Zacznij więc od siebie.

Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie.

 Jak mam tego dokonać? Przecież nie wiem jak się do tego zabrać, nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na swoje emocje, nawet nie zdawałem sobie sprawy z ich istnienia! Co mam zrobić?!

Spokojnie… możesz osiągnąć wolność emocjonalną, tylko najpierw musisz wiedzieć, czym ona dla ciebie jest.

Dla mnie jest to pełna świadomość własnych stanów emocjonalnych, dzięki której mogę uwalniać nieprzyjemne emocje i cieszyć się spokojem umysłu. Jest możliwość wyboru pomiędzy bodźce a reakcją, która jest osiągalna dzięki wysokiej samoświadomości.

Czy jestem zawsze spokojny niczym mistrz zen? Oczywiście, że nie! Tak samo, jak ty zmagam się z drobnymi irytacjami i większymi złościami, ale radzę sobie dużo lepiej niż kiedyś, dzięki podstawowej wiedzy z zakresu rozwoju osobistego i regularnej praktyce medytacji.

 

 Wolność w pigułce

 

Zaprezentuję Ci  teraz 3 proste sposoby na skuteczne radzenie sobie z nieprzyjemnymi emocjami, które sprawdziły się  i nadal sprawdzają w moim przypadku. Wybierz jedną z nich i w najbliższym czasie przetestuj na sobie. Są to proste triki, które pomagają „oszukać twój mózg” i zyskać przestrzeń na wybór swojej reakcji emocjonalnej.

 

Metkowanie

W chwili kiedy czujesz nieprzyjemne wzburzenie lub nadmierną ekscytację, zatrzymaj się na chwilę i zidentyfikuj tę emocję. Nazwanie odczuwanej emocji w myślach bądź na głos znacznie obniży jej intensywność. To proste. Sprawdź sam. Na przykład, kiedy czujesz złość, mówisz sobie –
„czuję złość,” albo „jestem zły.”

 

Metoda Sedony

Technika ta pozwala na skuteczne uwolnienie się od przytłaczających emocji. Zamiast tłamsić je w sobie, potęgując tym samym ich intensywność, pozwalasz im odejść.

Wersja, którą stosuję składa się z 4 pytań:

  1. Co teraz czuję?
  2. Czy mógłbym pozwolić tej emocji odejść
  3. Czy pozwolę tej emocji odejść?
  4. Kiedy pozwolę tej emocji odejść?

Po pierwsze nazwij doznawaną emocję, na następne dwa pytania odpowiedz „tak” lub „nie”, a na ostatnie „teraz” lub „jeszcze nie teraz.” Jeśli w 2,3 pytaniu pada odpowiedź „nie” lub w 4 „nie teraz” wracasz do pierwszego pytania. Powtarzasz ten cykl 4-5 razy, dopóki nie odzyskasz kontroli i powiesz sobie „teraz”.  Wtedy bierzesz głęboki oddech i  powoli wracasz do  utraconej równowagi wewnętrznej.

 

Trzecia perspektywa

O tym sposobie dowiedziałem się niedawno, czytając pewien artykuł. Podczas tego eksperymentu badacze wykazali, że mówienie do siebie  w  trzeciej osobie może ułatwić nam kontrolę nad emocjami.

Ostatnio, kiedy przygniotło mnie uczucie złości, zastosowałem tę technikę, mówiąc sobie w myślach: „Patryk jest teraz zły”. Ku mojemu zdumieniu intensywność doznawanej emocji gwałtownie spadła i mogłem się uspokoić. Wystarczyły zaledwie 3 sekundy, by wrócić do stanu równowagi.

 

Co dalej

 

Potraktuj te techniki, jako koła ratunkowe, które mogą ci pomóc w chwili utracenia kontroli swoim zachowaniem.  Jeśli staną się one twoimi nawykami, będziesz je stosował automatycznie i  zostaną one twoim fundamentem do pełnego  wyzwolenia emocjonalnego.

Oczywiście mogą działać na ciebie trochę inaczej, niż na mnie i być bardziej lub mniej skuteczne w określonych sytuacjach, dlatego przetestuj je w różnych warunkach i stanach emocjonalnych.

O medytacji, która jest najskuteczniejszym sposobem na zwiększanie samoświadomości, dowiesz się więcej tutaj.

Powodzenia!

 

 

 

Zobacz też

Jak skutecznie stopować po Norwegii

Jak skutecznie stopować po Norwegii

Dzisiaj subiektywnie i konkretnie o stopowaniu w kraju wikingów. Chcę podzielić się z Wami moim skromnym doświadczeniem z  tegorocznej, 16-dniowej podróży, która była jednym z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. Liczę, że ten krótki poradnik zachęci Cię do zorganizowania własnej wyprawy przez pustkowia Skandynawii.

Wiem, że wiele osób pragnie wybrać się w tamte dziewicze tereny i odpocząć na łonie nieskalanej natury, ale powstrzymują je przekonania typu: „Tam jest drogo! Stopowanie jest niebezpieczne”… i tak dalej… Nasz umysł ma niewiarygodną zdolność wymyślania nowych wymówek, jednak dzisiaj postaram się rozbroić tę sieć szkodliwych myśli i  dać Ci wskazówki, które mogą okazać się przydatne w twojej samodzielnej podróży.

 

Przejażdżka Teslą? Zapomnij!

 

Uprzedzam, że na Norweskich drogach zobaczysz wiele najnowszych modeli samochodów, od Mustangów do Tesli (co jest zabawne, jako że maksymalna prędkość na autostradzie wynosi 100 km/h), jednak, jako autostopowicz, nie powinieneś na nie liczyć. Większość samochodów, które podwoziły nas podczas naszego stopowania były starszej daty, chociaż zdarzały się wyjątki.

Zacznijmy od najlepszego miejsca na stopowanie, bo o takie trudno. Poważnie, trzeba się trochę nachodzić w tę i we w tę, żeby znaleźć idealne miejsce, gdzie kierowca odważy się zatrzymać samochód. Dlatego  do poszukiwania odpowiednich miejscówek niezwykle przydatny jest smartfon z Google Maps — Ta cudowna aplikacja wiele razy wyratowała nas z opresji i oszczędziła dziesiątki kilometrów zbędnych spacerów z ciężkim plecakiem.

Jako naród bardzo prawolubny, Norwedzy niezwykle skrupulatnie przestrzegają przepisów i największa szansa na złapanie stopa jest  wszędzie tam — gdzie  postój jest względnie legalny, czyli na przystankach autobusowych i zatokach.

Ile musisz czekać, zanim zjawi się dobroduszny kierowca? Nie będę oszukiwał. Dużo zależy od szczęścia: Nasz czas oczekiwania wahał się od 5 min — do 3.5 godzin, ale średnia  wyniosła ok. 1 h.15 min. Według mnie jest to bardzo dobry wynik jak na kraj, w którym podobno stopowanie jest niepopularne (co stwierdzili jednogłośnie chyba wszyscy kierowcy, z jakimi mieliśmy kontakt).

 

 

Jeden prosty trik — klucz do serca kierowców

 

Co musisz robić, żeby zwiększyć szanse na złapanie stopa?

Nadjeżdżający kierowca ma kilka sekund na decyzję, czy bierze cię i ryzykuje, czy jedzie beztrosko dalej, dlatego możesz, a nawet musisz zastosować jeden prosty trick.

Uśmiech na tym zdjęciu, chociaż wymuszony, stanowi klucz do serca każdego homo sapiens za kółkiem, a bez niego twoje szanse spadają do zera. Na widok szerokiego uśmiechu nadjeżdżająca ofiara sama zacznie się uśmiechać, poprawi się jej humor i w konsekwencji postanowi zrobić dobry uczynek dla bliźniego – to proste, ale skuteczne. Jeśli to nie zadziała, to przynajmniej poprawisz humor mijającym cię pasażerom.

Może to oczywiste, ale wierz mi — po 2 godzinach stopowania zaczynasz darzyć pogardą każdy ignorujący cię samochód i twoja twarz zdradza objawy szaleństwa, dlatego zadbaj o przyzwoity uśmiech – Manifestuj nim, że masz przyjazne zamiary.

 

 

Tekturowe krucjaty do supermarketów

 

-Autostop? – myślisz — To pewnie potrzebuję ton tektury! Na miłość Boską, skąd ja tyle wezmę?

Jasne, że bez napisu na tekturowym kartonie jest ciężko, ale zdobycie ich jest banalnie proste. Większość supermarketów ma je na zbyciu i wystarczy poprosić, by otrzymać pakiet świeżych, pachnących tektur.

Jednak lepszym pomysłem jest kawałek tworzywa (np. stary baner), który łatwo zwinąć w rulon, a na którym możesz do woli bazgrać mazakiem do tablic suchościernych. Takie rozwiązanie jest nie tylko ekologiczne i praktyczne, ale też pozwala na zaoszczędzenie cennego czasu.

 

 

Niezręczna cisza — zabójca przyjaznej atmosfery

 

Stoisz przy opustoszałej szosie z uśmiechem przyklejonym do twarzy i z tekturą w obolałych dłoniach, aż to nagle zjawia się twój wybawca. Zatrzymuje się, wrzucasz plecak do bagażnika i siadasz na przednim siedzeniu.

Jeśli nie jesteś wprawiony w Small Talk albo  jesteś zwyczajnie zmęczony 20-kilometrowym trekkingiem i nie masz sił na pogaduszki, następuje krępująca cisza. Co robić w takiej sytuacji?

Warto mieć zestaw 3-5 uniwersalnych pytań, które można zastosować w takich krytycznych chwilach.  Ludzie lubią, jak okazuje się im zainteresowanie, dlatego zapisz i zapamiętaj pytania, które zadasz kierowcy podczas przejażdżki w chwilach kryzyzu.

Kilka razy zdarzyło się, że byłem bardzo zmęczony i ciężko mi było sklecić jakieś sensowne zdanie, dlatego pozwalałem kierowcy na długi monolog, przytakując co jakiś czas.

Przykładowe pytanie z życia wzięte:  „Słyszałem, że mandaty za przekraczanie prędkości są bardzo wysokie, czy to prawda?” (podobne pytanie zadawał Wojtek, prawie każdemu kierowcy, co niezwykle mnie bawiło po pewnym czasie. Ja z kolei pytałem się kierowcy, czy zna Wardrune, Norweski zespół muzyki folkowej i ambientowej — ku mojemu zaskoczeniu  mało kto go kojarzył).

 

 

Gdzie spać za darmo

 

Odpowiedź jest prosta: Prawie wszędzie!

Jest tylko jeden kruczek: Musisz zachować minimalny dystans ok. 150 metrów od najbliższych zabudowań i posesji.

Tak więc zbliża się zmrok i masz pewność, że żaden zdrowy na umyśle kierowca już cię nie podwiezie. Szukasz więc miejsca, gdzie możesz bezpiecznie rozbić namiot. Jeśli jesteś w mieście, to znalezienie wolnego skrawka zieleni może stanowić wyzwanie i ostatecznie lepiej skorzystać z powierzchni pola kempingowego (płatnie ok. 80zł/os za noc), niż płacić mandat, który zrujnuje twój budżet.

Najbardziej epickie miejsca na nocleg są na pustkowiach Jotunheimen, gdzie człowiek może poczuć się jak w prawdziwej szkole przetrwania. Pamiętaj tylko ciepłym śpiworze, gdyż temperatury w górach spadają w lecie do zera stopni (o czym się boleśnie przekonałem na własnej skórze).

A co ze schroniskami?

Wszystkie (nawet te w kompletnej dziczy) mają zaskakująco wysoki standard, a co za tym idzie — noclegi mają bardzo wysokie ceny (przynajmniej jak na przeciętny budżet studenta).

Na dziko w Rondane

 

 

Gdzie polować na konserwy

 

Najważniejsza sprawa — żywność. Bez pełnego żołądka trekking przez nawet najpiękniejsze trasy będzie walką o przetrwanie.

Dlatego zaopatrz się w solidną dawką żywności Liofilizowanej (czytaj -suszenie sublimacyjne zamrożonych substancji). Nie są to tanie rzeczy, ale mają trzy niezastąpione zalety:

  1. Są bardzo lekkie (w moim przypadku 20 posiłków ważyło tylko kg!)
  2. Do przygotowania wymagają tylko odrobiny wody gorącej lub lodowatej (np. ze strumienia).
  3. Są bardzo pakowne.

A na miejscu, w jakich supermarketach kupować?

Dwie najtańsze sieciówki to Kiwi i Rema 1000. W nich zaopatrzysz się w konserwy i inne godne uwagi smakołyki, na przykład takie jak owoce, chleb czy masło orzechowe 90% , które uratowało mi życie wiele razy.

 

 

Ile kosztowała mnie cała podróż

 

Ok. 2000 zł (razem z biletami lotniczymi w obie strony), co wydaje mi się przystępną ceną za 16 dni w kraju, który uchodzi za jeden z najdroższych na świecie (nawet zdaniem tubylców). Czy można taniej? Oczywiście! Wszystko zależy od twoich priorytetów i tolerancji na dyskomfort (np. spanie w lesie, zamiast na płatnych kempingach, czy częste wycieczki do supermarketów, zamiast kupna żywności liofilizowanej w Polsce).

 

 

Ucz się na błędach

 

Nieważne ile informacji zdobędziesz i ile przeczytasz poradników — i tak popełnisz masę błędów. Nie przejmuj się i miej na uwadze, że popełnianie błędów to najlepszy sposób na szybką naukę. Kilka pierwszych dni jest trudne, bo człowiek musi zyskać pewność siebie i schematy działania, które pozwolą na sprawne przemieszczanie się autostopem.

Pamiętaj, że możesz poprosić o pomoc każdą osobę napotkaną na drodze. Większość ludzi z reguły jest pomocna (może z wyjątkiem pewnego księdza w Trondheim, który odmówił znużonym pielgrzymom noclegu w Domu Bożym).

Jeśli wciąż zadajesz sobie pytanie, czy w ogóle warto tam jechać, to uświadom sobie, że masz jedno życie na tej ziemi i czasu, który przecieka Ci przez palce, i którego nigdy nie odzyskasz. Nie wydawaj pieniędzy na materialne dobra, które z czasem się rozsypią, ale na doświadczenia, które pozostaną z tobą do końca twoich dni.

Dlatego już teraz podejmij decyzję i stań się jedną z tych osób, które nie boją się eksploracji nieznanych kultur, lądów i miast. 

Dla oszałamiających krajobrazów takich jak ten poniżej naprawdę warto :).

 

Z cyklu „samotny wędrowiec i góry”

 

 

Nie szukaj swojej pasji!

Nie szukaj swojej pasji!

Najsmutniejsi ludzie, jakich w życiu spotkałam, to ci, którzy nie interesują się niczym głęboko. Pasja i zadowolenie idą ze sobą w parze, a bez nich każde szczęście jest wyłącznie chwilowe, nie ma bowiem bodźca, który by je podtrzymywał. Nicholas Sparks – I wciąż ją kocham

 

Pozwól, że na początek zadam Ci kilka pytań…

 

  • Czy zawsze chciałeś nauczyć się nowej umiejętności, lecz nie nie wiedziałeś się jak się do tego zabrać?
  • Czy Twoje próby opanowania czegoś trudnego kończyły się zwykle porażką?
  • Podziwiałeś ludzi, którzy są postrzegani jako niezwykle utalentowani i robią ogromne postępy w swoich dziedzinach i myślałeś jak wspaniale byłoby mieć ich talent? 
  • Czułeś się beznadziejnie myśląc, że nie posiadasz żadnego talentu i ciekawej pasji?

 

Jeśli twoja odpowiedź na chociaż jedno pytanie brzmi TAK, to ten wpis jest dla Ciebie. Kilka lat temu sam byłem w podobnej sytuacji. Miałem wiele zainteresowań, ale nie wiedziałem jak mogę je rozwijać, przez co stałem w miejscu. Kiedy oglądałem na YouTube wyśmienitych gitarzystów moja motywacja do ćwiczeń natychmiast spadała, a ja myślałem  sobie, że osiągnięcie takiego poziomu jest dla mnie niemożliwe. Miałem wiele przekonań, które powstrzymywały mnie przed systematycznym treningiem i do dzisiaj zastanawiam się, jakie było ich źródło. Być może był to destrukcyjny perfekcjonizm, który męczył mnie przez wiele lat, uniemożliwiając rozwój lub zwykły brak systematyczności.

Jednak teraz, po latach, stwierdzam, że tkwiłem w pewnej mentalnej klatce, która mnie ograniczała i sprawiała, że mój rozwój zainteresowań i budowanie pasji, był jak jazda na hamulcu ręcznym. Kiedyś oglądając pewien filmik, poznałem receptę na zbudowanie swojej pasji i zrozumiałem jakie błędy popełniałem.

 

Wszystkiego uczymy się przez ćwiczenia. Zaczynacie z maleńką iskierką – cała reszta zależy od tego, czy uda się wam sprawić, by ta iskra nie zgasła. Trzeba ją rozniecić i pielęgnować.  Phillip Butah – Graficzna Podróż

 

 

Nie szukaj, zbuduj

 

Wierzę, że pasji się nie odnajduje, jak się powszechnie uważa, ale  świadomie buduje, przez ciężką, systematyczną pracę i odważne eksperymentowanie.  Moje postrzeganie pasji  wywróciło się  do góry nogami i  zacząłem się zastanawiać  ZA CO SIĘ TERAZ ZABRAĆ?  Skoro przecież mogę nauczyć się wszystkiego na satysfakcjonującym dla mnie poziomie, nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozwinąć się na obszarach, które zawsze budziły mój lęk i których unikałem jak ognia — Na przykład w przemawianiu publicznym.

W naszej kulturze przecenia się znaczenie talentu, nie doceniając tym samym wysiłku i pracy, jaki jednostka wkłada w opanowanie danej umiejętności. Kiedy kilka lat temu rysowałem portrety na zamówienie reakcje otaczających mnie osób  były zwykle jednoznaczne – „Ale masz talent!”. Mało kto zdawał sobie sprawę, ile godzin ćwiczeń, potu i frustracji stało za końcowym efektem moich prac. Aby narysować  ludzką głowę z „wyobraźni” musiałem narysować kilkaset straszliwych kreatur wcześniej i popełnić wiele błędów. Widząc końcowe efekty nie zdajemy sobie sprawy ile dana osoba  musiała poświęcić, aby osiągnąć zamierzony rezultat. Ostatecznie łatwiej jest powiedzieć, że ktoś ma talent i nic nie robić. Chronimy w ten sposób nasze poczucie wartości — łatwiej jest sobie wmówić, że nie ma się „słuchu muzycznego,” niż chwycić za gitarę i codziennie trenować.

Oczywiście możemy mieć pewne predyspozycje genetyczne do rozwoju w określonych dziedzinach i warto wziąć je pod uwagę, ale myślę, że nie warto przyklejać sobie łatek w stylu „jestem humanistą,” albo „mam ścisły umysł”, ponieważ wtedy odcinamy się od wielu innych możliwości.

Dzisiaj pragnę ukazać Ci przepis, który  pozwoli Ci wziąć odpowiedzialność za swoje rozwój swoich umiejętności oraz tworzenie pasji.
Jeśli więc masz dość swojego narzekania, że nie masz talentu i pragniesz nauczyć się dowolnej umiejętności, która być może stanie się twoją pasją, to przepis prezentuję poniżej. Ale uwaga! Jeśli nie zamierzasz podjąć REALNEGO DZIAŁANIA to NIE CZYTAJ! – szkoda twojego czasu, będziesz miał tylko złudne poczucie, że działasz.

Jeśli natomiast jesteś gotów poznać przepis na sukces i osiągnąć swój pełny potencjał, kliknij przycisk poniżej: 

 

DECYDUJĘ SIĘ ZBUDOWAĆ SWOJĄ PASJĘ!

 

Bieganie nauczyło mnie, że oddawanie się pasji jest ważniejsze niż sama pasja. Daj się czemuś pochłonąć bez reszty, włóż całe serce; doskonal się i ćwicz, nigdy się nie poddawaj — właśnie na tym polega spełnienie. To jest prawdziwy sukces. więcej Dean Karnazes – Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości

 

Błoto, pot i błyskawice, czyli bieg górski 80 km

Błoto, pot i błyskawice, czyli bieg górski 80 km

12 sierpnia wziąłem udział w niezwykłym wydarzeniu, które zapisało się w mojej pamięci w „folderze” „Dla takich chwil żyję”.  Chudy Wawrzyniec, bieg górski na dystansie 80+ km w Beskidzie Żywieckim, to nie tylko morderczy wysiłek, błotniste podejścia i karkołomne zjazdy, lecz także wspaniali ludzie, inspirująca atmosfera oraz brutalna droga to poznania prawdziwego,  odartego z fasad, siebie. Usiądź więc wygodnie w fotelu i posłuchaj epickiej opowieści o zmaganiach z niszczycielskimi żywiołami, wspólnym pokonywaniem słabości oraz niezapomnianej przygodzie.

 

Z burzy zrodzeni

 

  O godzinie 4.04 ponad pięciuset nieustraszonych śmiałków, którym niestraszne są cierpienia, wystartowało z Rajczy, rozpoczynając tym samym swoją osobistą walkę. Wśród  tego zacnego plemienia Ultrasów miałem zaszczyt znaleźć ja — Żółtodziób, który miał nadzieje dotrzeć do mety w jednym kawałku. Był to mój pierwszy bieg na tak spartański dystans i  zgodnie z radami starych wyjadaczy oczekiwałem najgorszego. Pomimo solidnego przygotowania  miałem obawy jak moje ciało zareaguje na taką katorgę. Po otrzymaniu błogosławieństwa od Arcykapłanów obrzędów, Krzyśka i Magdy, ruszyliśmy w ciemność, pozostawiając cywilizację za sobą.

  Już na samym początku natura pokazała kto rządzi na szlaku. Horyzont rozbłysł, targany jasnymi błyskawicami, których piękno było zarówno zniewalające, jak i przerażające. Chwilę po tym miała nadejść pierwsza z wielu ścian ulewnego deszczu, który w kontakcie z ziemią miał przeistoczyć się w błotniste utrapienie dla uczestników. Ciężkie kłęby chmur kotłowały się przed nami, a ja ze zgrozą uświadomiłem sobie, że zaraz wbiegnę prosto w rozpętaną zamieć. Znalazłszy się na odsłoniętych od drzew ścieżkach po ok. 20 km biegu, instynktownie wzdrygałem się i biłem czołem w błoto za każdym razem, kiedy piorun trzaskał tuż niedaleko. Nawałnica nękała nas systematycznie przez wiele kilometrów napierania, rzucając spazmatycznie strugami lodowatego deszczu oraz garścią śmiercionośnych grzmotów, które fartownie dla nas, chybiały celów. Mój dziki entuzjazm stopniowo wygasał wraz z każdym stawianym krokiem, lecz wytrwale człapałem do przodu, mając w pogardzie pogodowy chaos i powtarzając sobie w myślach, że to mój burzowy chrzest…Ta myśl dodawała mi sił.

Dzikie piękno Beskidzkiej panoramy (Autor: Piotr Dymus )

Szlaki odludnego pogranicza i poczwary z Czeluści

  W końcu przestaje padać, lecz wokół nadal utrzymują się gęste opary mgły, uniemożliwiające kontemplację widoków. Sponiewierany i upokorzony przez matkę naturę dołączam się do dwóch biegaczy, sunących przede mną niczym zjawy. Biegniemy razem wąską, leśną ścieżką przez kilka kilometrów,  zostawiając za sobą popękane niebo.

  Po raz kolejny potwornie bagniste grzęzawisko usiłuje pochłonąć mojego buta wraz z nogą i jej właścicielem. Jestem przemoczony do suchej nitki, a mój jedyny cel to dotrzeć do najbliższego punktu żywieniowego, aby  doładować akumulatory i walczyć dalej. Mknący przede mną pielgrzym potyka się i w akompaniamencie plusków jedzie na tyłku w dół zbocza, zatrzymując się z kretesem na jakimś łaskawym korzeniu. Zaczynam bardziej uważać gdzie stawiam kroki…

  Po drodze z punktu odżywczego, gdzie zamarudziłem nieco dłużej, niż planowałem przez perturbacje żołądkowe,  spotykam Marcina, który zostaje moim wiernym kompanem do końca piekielnej pielgrzymki. Niczym dwaj dzicy barbarzyńcy przemierzamy leśne dukty, gardząc bólem i zawiesistą mgłą, aż do czasu, kiedy nadchodzi punkt decyzji — powłóczyć się jeszcze przez 10 km i zakończyć przygodę na 55 km, czy szarpnąć się na bolesne 80 km, wybierając tym samym dobrowolne cierpienia i katusze. Marcin wybiera długi dystans, więc ja bez namysłu podążam za nim. Nie poddam się! Nie po to katowałem swoje ciało przez ostatnie cztery księżyce. Chwilę potem spotykamy przed sobą niemalże pionową ścianę pokrytą wodospadem lodowatej, śliskiej brei. Skończyło się rumakowanie i beztroskie pogańskie zbiegi. Nie pozostaje nic innego jak tylko rozpocząć mozolne pełzanie w górę, w nadziei, że nie zjedzie się na tyłku w bezdenną, mglistą otchłań. Sponiewierane buty odmawiają mi posłuszeństwa, sprawiając, że każdy krok jest walką o przetrwanie. Mijam kolorową postać, która w zacięciu godnym himalaisty, pnie się pod paskudną stromiznę. Ze zgrozą spoglądam jej w oczy i widzę pustkę, zupełnie tak, jakby góra wyssała z niej duszę, pozostawiając pustą, mechaniczną skorupę…

  Na szlaku wzdłuż słupków granicznych zrobiło się tak jakby ciszej. Mam wrażenie, że wszyscy oprócz mnie i mojego partnera  zostali wessani przez bagienne mokradła i słuch po nich zaginął. Cisza na szlaku przerywana niepokojącymi mlaśnięciami kroków zaczyna coraz bardziej działać mi na nerwy, uświadamiając mnie, że zapuszczamy się coraz głębiej w mroczy, nieprzyjazny bór, gdzie zaległy pierwotne złe moce Beskidu.

  Przecieram zalane potem oczy i widzę, majaczące się przed nami rozmyte kształty, wyłaniające się z białej mgły. Zmęczenie i dezorientacja sprawiają, że przez kilka uderzeń serca przerażająca myśl dudni  echem we wnętrzu mej czaszki — Niewyraźne sylwetki przypominają mi wygłodniałe ludzkiego mięsa poczwary, które czyhają na bezbronnych, niczego nieświadomych burzowych pielgrzymów. Na szczęście z chwilą, w której się do nich zbliżamy, majaki rozwiewają się w nicość, ukazując plecy naszych współplemieńców. Jeden z  nich do nas dołącza  i  razem jednoczmy się w zmaganiach, tworząc wygłodniałą mety watahę…

„Niczym dwaj dzicy barbarzyńcy przemierzamy leśne dukty, gardząc bólem i zawiesistą mgłą […]”  (Autor: Karolina Krawczyk)

Stojąc u bram Arcyłgarza

  Ból przeszywa moje kończyny, przypominając, że to już 52 kilometr zaciekłej gonitwy. Odklejam zmęczony wzrok od brejowatej ścieżki, spoglądając przed siebie i  serce podchodzi mi do gardła, a ręka z żelem energetycznym zamiera mi w powietrzu. Przez kilka uderzeń serca jestem przekonany, że zbłądziliśmy z gościńca i stoimy przed bramami Mordoru, Krainy Ciemności… Moje udręczone zmysły rejestrują  okraszone tuzinami zabójczo śliskich kamieni i zbryzgane potokami toksycznej brei, stromiste zwałowisko, którego grań niknie złowieszczo w kłębach ciężkiej mgławicy i szponiastych gałęziach drzew. Przełykam głośno ślinę, kierując przekrwione ślepia na swoich towarzyszy. Ich blade twarze, wykrzywione w srogim spazmie cierpienia i trwogi, wyrażają iskierkę determinacji, która wystarcza, aby dodać mi siły. W jednej krótkiej chwili zdaję sobie sprawę, że piętrzący się przed nami niesławny Oszust, zyskał godnych siebie przeciwników… Wiem, że nie poddamy się bez walki, choćbyśmy mieli sczeznąć na skarpach tej diabelnej hałdy. Po kilku głębokich oddechach stawiam pierwszy zdesperowany krok na drodze ku swemu przeznaczeniu…

Ognista warta

Potwornie znękani i przeżuci przez bezduszną pochyłość, ale wciąż niepokonani, docieramy na diabelny szczyt. Wartownicy, ogrzewający się przy płomiennym stosie niespokojnie podnoszą się z posłań. Widząc trzy zmierzwione, pokryte do pasa mułem, zgarbione stwory o krwistych ślepiach,  wahają się, czy uciekać, czy dobyć oręża i walczyć. Wydaję z siebie ochrypły głos, żeśmy są śmiertelnicy, nie dziwotwory i ich niepewność znika w mgnieniu oka. Po chwili grzeję zbielałe od wody dłonie, przy jedynym w promieniu stu kilometrów źródle ognia. Zmuszam się, żeby gnać dalej.  Uparcie pocieszam się myślą, że najgorsze piekło za nami…

Przez Przełęcz Ocalonych i  Gromowładne Wierchy Zapomnienia

Umorusani i wycieńczeni, ale wciąż toczący zaciekłą batalię, dostajemy się do przełęczy Ocalonych, gdzie czekają na nas życzliwie tubylcze plemiona ze stołami pełnymi sytego jadła i życiodajnych eliksirów. Bez ich pomocy przełęcz ta zostałaby zapewne ochrzczona mianem Przełączy Czaszki. Siadam na ławce i rozkładam sfatygowaną mapę, która wskazuje, że na naszej ścieżce ku chwale sterczą jeszcze trzy Gromowładne Wierchy Zapomnienia, które jak głoszą legendy, wysysają witalność i siły mentalne pielgrzymów, prowadząc do postradania zmysłów.

– Jeśli Arcyłgarz nas nie zniszczył, nic tego nie dokona! – mówię krzepko swojemu kumowi, lecz wypowiedziane słowa brzmią mizernie i są dlań marną pociechą.

Moje nader optymistyczne stwierdzenie brutalnie konfrontuje się z rzeczywistością, kiedy stajemy na szczycie pierwszego z Wierchów, a ja czuję jak żelazna szpila przeszywa mój staw kolanowy, czyniąc kończynę bezużytecznym kawałkiem mięsa i kości. Wydobywam z sakiewki odpowiednie  smarowidło — specyfik na poharatane przez Beskidzie Szlaki Członki. Boski balsam działa cuda i mogę kuśtykać dalej.

…Ostatnie 15 km…Czuję jak w moich żyłach krąży adrenalina i wzburzone endorfiny. Ze zdumieniem odnajduję w sobie nowe pokłady energii i z powłóczącego kulasami leśnego umarlaka, przeistaczam się w żądnego krwi wojownika, który niczym wygłodniały wilk na polowaniu, mknie przez mgły północy. Oddzielam się od mojego wiernego kompana i lecę jak rusałka, mijając kilku umęczonych, burzowych tułaczy, których nieobecny wzrok błądzi po niekończącym się szlaku.

Ostatni Wierch, zwany Halą Lipową i potem już w dół, ku zwycięstwu i wiecznej, nieśmiertelnej chwale. Patrzę za siebie i widzę swojego druha, który z zacięciem dzielnie mnie ściga. Wbiegam na ostatni szczyt gdzie widzę pokaźną oberżę, która kusi, żeby zawitać do środa i spocząć przy krzepiącym płomieniu paleniska. Odrzucam od siebie natrętne myśli o smacznej strawie i kuflu piwa i niestrudzenie mknę dalej…

Ostatnie kilometry — Pod maską tego szaleńczego uśmiechu kryje się bolesny grymas zmagań z własnymi słabościami…  (Autor: Karolina Krawczyk)

Ostatnie ścieżki. Inicjacja dobiega końca…

– Ból przemija, chwała pozostaje… Głowa umiera ostatnia… – Słowa te stają się moją mantrą przez kilka ostatnich kilometrów, kiedy każdy krok jest jak stąpanie po rozżarzonym węglu. Samotnie posuwam się do przodu, wypatrując śladów cywilizacji, którą przed trzynastoma godzinami beztrosko porzuciłem. Śnieżnobiałe wstążki, znaczące szlak, stają się moimi wiernymi towarzyszkami — Wskazują drogę do wybawienia i triumfu nad bólem oraz niszczycielskimi siłami natury.

Wbiegam w dziewiczy zagajnik i moim oczom ukazuje się szyld z lśniącym napisem „2 KM”. Patrzałki mam mokre od łez, albowiem  wiem, że pokonałem siebie. Nie pozwoliłem, żeby ból mnie powstrzymał, ujarzmiłem go, stałem się jego Panem. Niczym ogar na polowaniu, który wyczuwa łowną zwierzynę, ja  wyczuwam  woń mety, która po chwili ukazuje się tuż za zakrętem. Uszy łowią plemienne, rytualne bębny, których hipnotyczne dudnienie narasta wraz z każdym stąpnięciem moich obolałych kończyn…

W akompaniamencie oklasków i rytualnych okrzyków docieram do kresu swojego człowieczeństwa, nieznośnego bólu i wycieńczenia, kończąc tym samym swoją heroiczną pieśń. Podnoszę dumie głowę, będąc świadom, że pomyślnie przeszedłem rytuał inicjacji.  Widzę znajome twarze. Tomek, ultras o fizjonomii prawdziwego Wikinga oraz Arcykapłanka Magda podchodzą, witając mnie w plemieniu.  Jestem teraz pełnoprawnym członkiem wyjątkowego plemienia Ultrasów i nic ani destrukcyjne tajfuny, ani okrutne gejzery błotnistej brei, ani oszukańcze zwały krętych górotworów mi tego mi nie odbiorą…

Kładę swoje umęczone ciało na składanym fotelu i wypatruję znajomych twarzy pielgrzymów, którzy towarzyszyli mi w mrocznej wędrówce przez doliny śmierci i przeklęte wzgórza. Pojawiają się jeden po drugim, równie wniebowzięci, jak i zmordowani. Nasze oczy spotykają się w milczącym porozumieniu, celebrującym tę niezwykłą chwilę chwały i zwycięstwa.

 

Oficjalnie członkiem plemienia 🙂     (czas ukończenia: 13h 51 m. Ponad 140 osób porwało się na trasę 85 km).

 

Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Autostopem przez ziemie Wikingów – Relacja z wyprawy

Podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi. Anonim

 

– Norwegia bardzo droga! Nie da się podróżować autostopem! Tam się boją brać autostopowiczów! – To tylko niektóre z wielu mitów, które wraz z przyjacielem obaliliśmy, pokonując autostopem dystans ponad 700 km  i wędrując ponad 100 km szlakami niesamowitych parków narodowych. 16 dni prawdziwej przygody, która zmieniła moje podejście do podróżownia.

W tym wpisie przedstawię najważniejsze chwile naszej podróży z mojego punktu widzenia. Nie jestem w stanie zmieścić doświadczeń w jednym poście, tak aby był on przyjazny w odbiorze, dlatego wybiorę te, które były najbardziej niezwykłe. Mam szczerą nadzieję, że wpis ten zainspiruje Cię do własnej podróży autostopem. Miłej lektury!

 

Pierwsze spotkanie z tubylcami

Zaraz po wylądowaniu na lotnisku Oslo Sandefjord Torp, które jak się okazało w przeddzień wylotu znajduje się ponad 100 km od centrum miasta, naszym oczom ukazał się malowniczy, wiejski teren. Podczas wędrówki w kierunku autostrady w celu złapania pierwszego stopa, podziwialiśmy dziewicze pola oraz urocze farmy. Byłem niezwykle podekscytowany epickim wyzwaniem, jakie przed sobą postawiliśmy — Przejechać autostopem z Oslo do Trondheim, zahaczając o największe parki narodowe, zasmakować dzikiej przyrody oraz zdobyć najwyższy szczyt  Norwegii i całego półwyspu skandynawskiego — Galdhøpiggen (2469 m n.p.m).

Pierwszy stop, jakiego złapaliśmy był jednym z najszybszych podczas całej naszej wyprawy. Przechodząc przez rondo, usłyszeliśmy dźwięczne „yahooo!” wydobywające się z uchylonego okna mijającego nasz pojazdu, który po chwili zjechał na pobocze. Błyskawicznie rzuciliśmy się w jego stronę w nadziei na transport. Za kierownicą siedział młody norweg, który płynnym angielskim oznajmił, że chętnie podwiezie nas do autostrady. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i z uśmiechem na ustach weszliśmy na pokład wehikułu. Norweg miał na imię Andreas i był  pierwszym z piętnastu uprzejmych  kierowców, którzy byli na tyle otwarci, żeby zaufać obcym i dorzucić cegiełkę do  realizacji ich ambitnego planu podróży.

Kontemplacja miasta światła

Po kilkunastu minutach czekania na przystanku autobusowym z wywieszonym napisem „OSLO” zjawili się nasi wybawcy. Młoda para Norwegów, która zmierzała do miasta. Nie tylko obwieźli nas po mieście, opowiadając o najlepszych punktach do zobaczenia, ale też podrzucili nas na nasze docelowe miejsce campingu, gdzie rozbiliśmy namiot na dwie noce. Mieliśmy w planach spać głównie na dziko, ale na początku zamarudziliśmy na kempingach, co kosztowło nas torchę koron.

 

Pierwsze oficjalne stopowanie

Oslo odebrałem jako bardzo czyste, nowoczesne i przyjazne dla turysty miasto. Jednym z najciekawszych punktów zwiedzania było Narodowe Muzeum Sztuki, Architektury i Projektowania, gdzie obecnie znajduje się słynny „Krzyk”, autorstwa Edwarda Muncha. Spędziliśmy tam dobre 3 godziny, kontemplując skrupulatnie każde z prezentowanych dzieł sztuki. Przekonałem się wtedy, że mój kompan, Wojtek, ma dość specyficzne podejście do zwiedzania muzeów. Gdyby nie głód, zapewne czas tejże kontemplacji wyniósłby o kilka godzin więcej. Pomimo pewnego znużenia snuciem się po salach gmachu, ostatecznie uznałem, że uważne zwiedzanie muzeów jest niezwykłym doświadczeniem dla ducha. Obrazy, na których podziwianie poświęciłem najwięcej czasu, odcisnęły się na stałe w mojej pamięci.

Dział sztuki nowoczesnej 🙂

Następnym  interesującym punktem był Park Vigelanda, który jest dziełem norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda. W parku mieliśmy okazję podziwiać łącznie 600 rzeźb, przedstawiających postacie ludzkie w rozmaitych pozycjach. Niektóre z nich budziły we mnie wewnętrzny niepokój, inne zaś, uśmiech.

Monolit w Parku Vigelanda — Oslo

 

Jak zostać rzeźbą…

U wrót Domu Olbrzymów

Głównym celem naszej wyprawy było dla mnie doświadczanie piękna nieposkromionej przyrody, dlatego z niecierpliwością czekałem, aż dostaniemy się na tereny górskie i otoczeni mistycznymi szczytami Jotunheimen ruszymy na podbój dzikiej północy.

Dzięki uprzejmości kolejnych szczodrych kierowców stanęliśmy u wrót Domu Olbrzymów — Jotunheimen, skąd najsłynniejszym szlakiem Bessegen mieliśmy ruszyć do schroniska Memurubu i tym samym rozpocząć dziewiczy, 8-dniowy, wytrzymałościowy trekking, którego łączny dystans wyniósł ponad 100 km, i który miał odmienić moje życie na zawsze.

Na drodze do Domu Olbrzymów

Kiedy dotarliśmy  do celu, na brzeg rozległego jeziora Gjende, zachwyciło mnie piękno i niezwykłe szafirowy kolor wody. Majestatyczne szczyty wynurzały się dumnie z pomarszczonej lodowatym wiatrem tafli wody . Nad brzegiem jeziora poszukaliśmy miejsca  na nocleg i w obliczu silnego (i zimnego) wiatru, rozpoczęliśmy mozolną procedurę rozkładania namiotu. Tu i ówdzie, niczym dzika zwierzyna pojawiali się tubylcy, odziani w najlepsze sportowe, kolorowe aksamity, jakie można sobie wymarzyć. Tej nocy miałem się przekonać, że mój śpiwór był fatalnym wyborem, zupełnie niedostosowanym do nieprzychylnych warunków pogodowych.

 

Pierwszy nocleg „na dziko”.
Widok z brzegu Jeziora Gjende — Zachód Słońca

 

Renifery  na urlopie i pierwszy kontakt z górami

Nazajutrz dumnie stanęliśmy na początku szlaku, aby spojrzeć w oczy swojemu przeznaczeniu. Po godzinie trekkingu dostrzegilśmy dzikią chordę renów, która spokojnie wypasała się na zboczu góry, ignorując nachalne obiektywy lustrzanek skierownanych na ich zady. Bessegen jest jednym z najpopularniszych szlaków w Jotuhnheimen, dlatego w połowie drogi zaczęło się robić tłoczno, co szczególnie utrudniało strome zejścia.

Reny na urlopie

Kiedy wdrapałem się na punkt widokowy, oczom moim ukazał się zapierający dech w piersiach widok… Poczułem ogarniający mnie spokój oraz duchowe uniesienie. Zdjęcia są tylko marnym cieniem prawdziwego  doświadczenia, niemniej jednak w pewnym stopniu oddają one dziewiczość norweskiej przyrody.

Punkt widokowy na szlaku Bessegen
Z cyklu „Ostatni krok w otchłań szaleństwa”

Przy ostrym zejściu  wypełniony po brzegi plecak stał się nieznośnym brzemieniem, który utrudniał stabilne i pewne stawianie kroków. Zamiast  kroczyć w dół swobodnie, niczym łania, musiałem zsuwać się ociężale, postronnym obserwatorom zapewne przywodząc na myśl zlęknioną dżdżownicę. Musiałem zachować pełną koncentrację, ponieważ niewłaściwy krok mógł skończyć się upadkiem w otchłań…

Odpoczynek po zejściu ze stromego szczytu

Śnieg, kamienie i łzy — zapomniane przez bogów, dzikie pustkowia północy

Po przejściu Bessegen zawitaliśmy do schroniska Memurubu, skąd następnego dnia o poranku wskoczyliśmy na prom, zmierzający w stronę krańca jeziora. Trasa spod schroniska Gjendebu do Spitestulen, skąd mieliśmy atakować szczyt północy liczyła ponad 20 km. Wyruszyliśmy o godz. 10 i strudzeni spartańskim marszem poprzez głębokie śniegi, bezkresne doliny i zamarznięte rzeki, dotarliśmy do celu o 20.30. Po drodze trafiliśmy na takie „atrakcje” jak: zacinający w plecy deszcz, słabo oznaczony szlak, kilka bliskich spotkań z kamieniami (było ślisko). Szlak świecił pustkami, co potęgowało surowość oraz niedostępność dzikiej natury. W połowie marszu plecak (ok. 15 kg) zaczął wżynać mi się w ramiona, sprawiając, że ból stawał się nieznośny i musieliśmy robić częstsze przerwy.

Strudzony pielgrzym Wojciech, przemierzjający pustkowia Jotunheimen

Pomimo zmęczenia i słabego rozplanowania czasu przejścia trasy,  chwile te na zawsze zapiszą  się w mojej pamięci. Ogromna przestrzeń Domu Olbrzymów  zachwycała swoją monumentalnością oraz sprawiała, że krocząc wśród wyniosłych gór, przebywając wartkie strumienie i wspinając się pod strome podejścia, synchronizowałem się z naturalnym, spokojnym rytmem natury. Zdarzały się cenne chwile, podczas których mój umysł wyciaszał się zupełnie i każdy krok przybliżał mnie do wewnętrznej harmonii, aczkolwiek zdarzały się też kryzysowe sytuacje, w których moja frustracja sięgała zenitu. Na przykład, kiedy to po raz kolejny lądowałem sponiewierany na skałach, poślizgnąwszy się na oblodzonym kamieniu, albo kiedy musiałem balansować między lękiem przed wysokością a zachowaniem koniecznej do przetrwania koncentracji.

Odpoczynek w połowie trasy…
Jedno z wielu zapomnianych przez Bogów miejsc

Droga do białego piekła. Spotkanie z pustelnikiem. Galdhøpiggen.

Po nieprzespanej, zimnej nocy, wygramoliłem się z namiotu niczym poczwarka i zacząłem robić serie krótkich ćwiczeń, rozgrzewających ciało. Byłem podekscytowany, gdyż nadszedł dzień, na który czekałem od chwili kiedy moje stopy spoczęły na norweskich ziemiach. Było to zdobycie szczytu dzikiej krainy Wikingów…

W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.
W drodze na szczyt. W oddali majaczy się dolina skąd przywędrowaliśmy poprzedniego dnia.

 

Po zjedzeniu solidnej porcji Liofilizatów rozpoczęliśmy wspinaczkę na dach Skandynawii. Słonko radośnie świeciło zza chmur, ale szczyt  groźnie tonął w szarych kłębach chmur, zwiastujących obfite opady śniegu. Po drodze natknęlismy się na Amerykankę Casey, która podobnie jak my zdecydowała się na atak szczytu. Dołączyła do nas w połowie drogi, kiedy warunki pogodowe zaczęły się pogarszać i  tak oto tworząc amerykańsko-polski team ruszyliśmy na podbój korony Skandynawii.  Śnieg i mroźny wiatr dawał się nam we znaki, sprawiając, że wspinaczka  z radosnego spacerku przerodziła się w walkę o przetrwanie na oblodzonym, kamienistym i słabo oznaczonym szlaku. Dodatkowo widoczność spadła do zera i w pewnych momentach miałem nieodparte wrażenie, że kroczymy we mgle. Za każdym razem, kiedy zbliżałem się do  postrzępionej, skalistej krawędzi, zza której ziała biała, bezduszna otchłań, w mojej głowie odzywał się pierwotny lęk przed wysokością. Zdołałem go stłumić, powtarzając sobie w myślach niczym mantrę: „I tak kiedyś umrę, więc nie ma to znaczenia czy teraz na szczycie, czy za sześćdziesiąt lat, jako starzec w  łóżku”. Może to nie brzmi zbyt pocieszająco, lecz myśl ta pozwoliła zachować stoicki spokój w obliczu zagrożenia, gdzie każdy krok mogł zakończyć się tragicznie.

 To były moje osobiste  odczucia, gdyż pierwszy raz byłem w górach w takich warunkach pogodowych. Wojtek szedł na przedzie,  wcieliszwy się w rolę przewodnika, jako że był zaprawiony w boju w naszych rodzimych górach — Tatrach.

  Po 2 godzinach człapania przez mroźne śniegi i zmaganiach z siarczystym mrozem naszym oczom ukazała się mała, otulona śniegiem chatka. Wyglądała marnie w porównaniu do luksusowego schroniska, które zostawiliśmy za sobą, ale w naszych oczach jawiła się jako wybawianie. Wczłapaliśmy do środka, gdzie nie było żywej duszy, nie licząc młodego norwega, który niechętnie przyjął nas do swojej pustelni. Najwyraźniej  zdziczał nieco w swojej samotni, bo kiedy zmęczeni rozłożyliśmy się na stoliku i rozpoczęliśmy jeść obiad, kazał nam się przesuwać, gdyż właśnie w tej chwili naszła go ochota na mycie podłogi. Wzgardził też zrobieniem nam pamiątkowego zdjęcia, bo nie chciało mu się ściągać lateksowych rękawiczek, ale na szczęście uratował nas mój wierny samowyzwalacz.

 

APCT — American Polish Climbing Team. Poniższe zdjęcie ze szczytu jest jedynym, jakie zdołałem zrobić. Na zewnątrz nie chciałem narażać swojego zdrowia i  ukochanej lustrzanki.

Zamieć, adrenalina w żyłach i ocalenie.

Po odpoczynku, beztroskiej konwersacji i prowizorycznym posiłku, wyszliśmy z chatki wprost w białą zamieć, która rozpętała się podczas naszej przerwy. Pozostawiając za sobą zaabsorbowanego rytuałem sprzątania pustelnika,  wdrapaliśmy się na szczyt, który majaczył  się kilkanaście metrów powyżej pustelni. Chwiejąc się pod porywistym wiatrem staneliśmy na szczycie  – Trzy smagane wiatrem stworzenia, celebrujące zwycięstwo pokornym milczeniem. Żadnych fanfar, tylko trzaskający po twarzy śnieg, lodowaty wiatr i bezkresna biała przestrzeń.

Potężny wicher usiłował zmieść nas z powierzchni góry, kiedy ostrożnie pełzliśmy w dół, uważnie stawiając każdy, nawet najmniejszy krok. W pewnym momencie poczułem jak moje kolana oraz łydki kompletnie przemarzają, a w głowie odzywa się znajomy głosik, który zaczął swoją tyradę, jęcząc, że mogę stracić władzę w nogach i zamarznąć. Musiałem odrzucić paniczne myśli, gdyż w takich warunkach mogły okazać się zabójcze. Podobnie jak moi kompani, musiałem zachować pełną koncentrację. Co jakiś czas musieliśmy się zatrzymywać, gdyż wiatr był zbyt potężny, żeby bezpiecznie iść. Chowałem się wtedy, jak jaskiniowy troll za skałami w nadziei, że ochronią moje przemarzające kończyny. Miałem nieodparte wrażenie, że okrutna góra uwzięła się na nas i chciała naszej zagłady. Dzięki stoickiemu spokojowi Wojciecha, który co prawda rzucał pod nosem plugawyme klątwy pod adresem góry, ale z uporem godnym doświadczonego himalaisty prowadził nas ku ocaleniu,  wreszcie wydostaliśmy się ze „strefy śmierci”. Moja euforia  zwycięstwa nad złowrogimi siłami natury w połączeniu ze wciąż krążącą w żyłach adrenaliną przyćmiła moje zmysły sprawiła, że wpadłem w niezwykle entuzjastyczny nastrój,  budząc tym samym uzasadnione obawy towarzyszów, co do mojego stanu psychicznego.

Dalej na północ!

O świcie opuściliśmy Dom Olbrzymów, kierując się do najstarszego Norweskiego parku narodowego — Rondane. Tym razem pogoda nam dopisywała, jednak i tutaj los nie poskąpił nam przygód. Dziesiątki przebytych kilometrów z ciężkim plecakiem objawiły się w kontuzji stopy  mojego towarzysza. Musieliśmy zmienić plany i przenocować przy schronisku w nadziei, że cudowna maść o niezwykle oryginalnej nazwie Deep Freeze uleczy kontuzję. Jak się okazało o świcie, następnego dnia, maść zdziałała cuda i mogliśmy ruszyć dalej.

Jedno z piękniejszych miejsc na namiot — nagroda za cierpienia.
Zakończenie Szlaku po 6-godzinnym trekkingu w Rondane
Naszym ostatnim parkiem był rezerwat Dovre, którego łagodnymi szlakami mknęliśmy radośnie, jednocześnie świadomi, że koniec naszego trekkingu zbliża się wielkimi krokami.

 Koniec pieśni lodu i ognia

Podróżowanie autostopem przez Norwegię  było dla mnie niezapomnianą przygodą, która otworzyła mi oczy na świat. Jestem wdzięczny za możliwość doświadczenia tych wspaniałych chwil, poznania pozytywnych ludzi oraz zatracenia się na długich szlakach.  Mam szczerą nadzieję, że powrócę jeszcze w te piękne tereny. Tak wiele jest jeszcze szlaków do przejścia, fiordów do eksploracji i szczytów do zdobycia!

Liczę na to, że moja relacja natchnęła Cię do wyruszenia we własną podróż autostopem. Już niebawem na blogu pojawi się infografika ze szczegółowymi informacjami, które mogą okazać się pomocne w planowaniu i realizacji twojej samodzielnej wyprawy.

 

Na koniec wrzucam tutaj krótki film, podsumowujący naszą ekspedycję 🙂

 

 

 

Umysł, czym go karmisz

Umysł, czym go karmisz

Wyobraź sobie, że idziesz do drogiej restauracji, zamawiasz najdroższą potrawę, której nazwa brzmi wyjątkowo smakowicie, po czym niecierpliwie oczekujesz na przybycie kelnera…

Po kilkunastu minutach elegancki kelner wyłania się zza rogu i z uśmiechem kładzie przed tobą zamówione danie. Na pozłacanym talerzu mieści się kompozycja rozkładających się śmieci, misternie przygotowana przez szefa kuchni. Miks plastyku, szkła i  zgniłych resztek jedzenia doskonale prezentuje się na twoim talerzu.

Bierzesz pierwszy kęs i zaczynasz przeżuwać. Smak jest wyśmienity! Oczywiście, przecież to najlepsza restauracja w mieście, nie może być inaczej. Nieświadomy, że kolacja  fatalnie odbije się na twoim zdrowiu, kontynuujesz posiłek, aż do ostatniego kęsa…

 

 

Dramat zatrutego umysłu

 

W realnej sytuacji kontynuowałbyś posiłek, czy zwyczajnie zażądał zwrotu pieniędzy oraz odszkodowania za obrzydliwy żart ze strony personelu restauracji?

Przypuszczam, że jako rozsądny człowiek roztropnie wybierzesz wariant b. Jednak zastanów się przez chwilkę, czy śmieci nie stanowią już  pożywki dla twojego ciała i umysłu.

Każdego dnia jesteśmy narażeni na masę negatywnych, pesymistycznych i ogłupiających strzępów informacji, które niczym zanieczyszczona rzeka wylewa się z ekranów telewizorów, komputerów, odbiorników radiowych, oraz ust innych ludzi.

Nieświadomi zagrożenia stajemy się nieczuli na czyhające niebezpieczeństwo i nie zauważamy, jak informacyjne śmieci zatruwają nam umysły, obniżając poziom samopoczucia oraz sprawiając, że pogrążamy się w coraz większym marazmie i stagnacji.

Standard serwowany przez otoczenie staje się twoim standardem poprzez Efekt Ekspozycji, który polega na zmianie stosunku wobec obiektu wskutek częstego kontaktu z nim. To, co na początku wydaje Ci się obce, w miare upływu czasu ekspozycji staje się dla ciebie normą, która będzie kształtować twoje zachowania, przekonania oraz wartości.

Swoje złe samopoczucie, nawyki narzekania i tworzenie czarnych scenariuszy uznasz za normalne — przecież wszyscy wokół ciebie to robią.

W moim przypadku  wpływ mediów okazał się bardzo szkodliwy w skutkach. Jako dziecko i wrażliwy introwertyk wiele razy przeżyłem szok, czytając wstrząsające historie o morderstwach w gazecie, która  niewinnie leżała w salonie na stole.

W wieku dojrzewania ogłupiałem swój umysł serialami paradokumentalnymi oraz filmami, które emanowały przesadną przemocą i oraz ignorancją. Bez namysłu słuchałem narzekania i negatywnych komentarzy osób w moim środowisku.

Śmietnik, który automatycznie i biernie ładowałem do swojej głowy przez wszystkie lata, zaczął zbierać swoje żniwo w postaci wielu negatywnych przekonań na temat świata, ludzi, pieniędzy oraz własnej osoby. Świat wydawał mi się wrogim i nieprzyjaznym miejscem, w którym ludzie bez przerwy giną w wypadkach,   wszczynają spory polityczne, cierpią i krzywdzą się nawzajem.

Mimowolnie zacząłem czuć niechęć do wszystkiego wokół, a wewnętrzny lęk sprawiał, że zachowywałem się agresywnie i wrogo wobec świata zewnętrznego oraz czułem przytłaczający smutek i bezsilność. Jako podatne na manipulację dziecko, które nie posiadało jeszcze rozwiniętej zdolności krytycznego myślenia, byłem bezbronny wobec napływających z każdej strony potoków szkodliwych informacji.

 

 

Światełko nadziei

 

Ograniczenie chaosu informacyjnego jest stosunkowo prostym zadaniem, ale wymaga uświadomienia sobie jego źródeł. Mogą to być narzekający ludzie, telewizja, portale internetowe i wiele  z pozoru niewinnych rzeczy.

Dlatego pierwszym krokiem jest  identyfikacja tych źródeł, które na stałe zagnieździły się w Twoim życiu oraz stały się wampirami wysysającymi szczęście i spokój. W moim przypadku była to głównie telewizja oraz portale z memami, rzeczy, które mnie uzależniały i sprawiały, że traciłem mnóstwo czasu.

Jeśli już zidentyfikujesz owe wampiry, to stopniowo zacznij się od nich izolować. To najprostsze rozwiązanie, ale wymaga pewnych śmiałych  kroków, na przykład takich jak zakończenie toksycznych relacji czy pozbycie się telewizji kablowej z mieszkania.

Dopiero po ich podjęciu przekonasz się, jak duży był ich negatywny wpływ na twoja psychikę. Wtedy odkryjesz, że żyłeś uwięziony w bańce informacyjnej, która ograniczała twoje spojrzenie na świat. Jeśli czujesz, że masz przekonania, które ściągają cię w dół, zapraszam cię do ćwiczenia zmiany przekonań.

Po tym, jak zredukowałem źródła pesymistycznego wpływu w moim życiu, stopniowo powróciłem do wewnętrznej równowagi i poczucia spokoju. Pesymistyczne myśli oraz czarne scenariusze opuściły moją głowę, oczyszczając umysł.

Pozbycie się telewizji oraz rezygnacja z portali zjadających czas było jedną z najlepszych decyzji, jaką podjąłem w życiu.

 

 

Detoks start!

 

Zrób listę wszystkich rzeczy, które podejrzewasz o negatywny wpływ dla twojego umysłu. Wybierz jedną rzecz, z którą masz najwięcej styczności w ciągu dnia i na 14 dni zupełnie się od niej odetnij.

Potraktuj to  jako eksperyment – zawsze możesz wrócić do poprzedniego schematu, więc nie obawiaj się zmiany na gorsze. Celem tego wyzwania jest sprawdzenie, jak będziesz się czuć po zakończeniu eksperymentu.

Jeśli twoje samopoczucie się poprawi i zaczniesz dostrzegać namacalne zmiany na lepsze, będzie to oznaką, że warto na stałe wyeliminować dane źródło z życia.

Jeśli są to ludzie, którzy mają w nawyku narzekanie i krytykowanie, postaraj się ograniczyć z nimi kontakt przez okres trwania wyzwania, mówiąc, że potrzebujesz czasu dla siebie.

Jeśli chcesz, zdeklaruj się w komentarzu, z jakiej rzeczy zrezygnujesz na czas wyzwania. Wymaga to poświęcenia i zmiany schematów, w których trwałeś całymi latami, ale jest to cena, którą warto zapłacić za wewnętrzny spokój oraz dobre samopoczucie.

 

 

Wypełnij pustkę

 

Kiedy uporasz się już ze wszystkimi źródłami negatywnego wpływu, możesz nagle stwierdzić, że masz dużo wolnego czasu, z którym nie wiesz co zrobić.

Jednym z rozwiązań jest wykorzystanie Efektu Ekspozycji na twoją korzyść. Zmieniając dietę dla swojego umysłu, musisz nowe stworzyć zdrowe pełnowartościowe menu, które zastąpi stare, śmieciowe posiłki. Dlatego otwórz notatnik i stwórz listę inspirujących, wartościowych oraz mądrych materiałów, które będą stanowić dla ciebie paliwo w codziennym życiu, pozytywny standard, do którego będziesz dążyć.

Codziennie przynajmniej przez 15 minut poświęcaj czas na czytanie, oglądanie i słuchanie wartościowych treści.  Zachęcam Cię do sporządzenia własnej listy pozytywnego wpływu, która każdego dnia będzie wspierała cię w stawaniu się coraz lepszą wersją siebie.

 

 

 

Pomocne pytania:

  • Po oglądam telewizję/czytam gazety/odwiedzam bezwartościowe portale internetowe?
  • Jakbym się czuł, gdybym przestał słuchać narzekania i krytyki innych?
  • Jak mogę poradzić sobie z przeszkodami stojącymi na drodze do odzyskania spokoju wewnętrznego?
  • Kto może mnie wesprzeć podczas wyzwania?
  • Jaki będzie mój pierwszy krok?
  • Na co tracę najwięcej czasu w ciągu dnia?

 

Zobacz też

Jak uniknąć pułapki wizualizacji

Jak uniknąć pułapki wizualizacji

Wizualizacja, inaczej symulacja mentalna, jest powszechnie znaną techniką w rozwoju osobistym. W wielu szkoleniach, książkach oraz artykułach jest polecana jako doskonałe narzędzie, wspomagające osiąganie celów. Polega ona na wyobrażaniu sobie pozytywnych rezultatów naszych działań w celu zwiększenia szansy na osiągnięcie sukcesu. Tak więc wyobraź sobie sukces i będzie dobrze! Czy, aby na pewno to tak działa?

 

Zapraszam Cię do myślowego eksperymentu:

 

Wyobraź sobie, że…

 

…w blasku chwały i oklasków przekraczasz linię mety biegu maratońskiego. Pomimo ogromnego bólu mięśni i potu zalewającego oczy czujesz wspaniałą euforię zwycięstwa. Widzisz jak bliscy i przyjaciele z uznaniem kiwają głowami. W ich oczach tli się podziw, na który zasłużyłeś. Wolontariusz wybiega Ci naprzeciw i zawiesza na twojej szyi lśniący medal — symbol zwycięstwa nad własnymi słabościami, niezaprzeczalny dowód odwagi…

 

A teraz…

 

Wyobraź sobie, że wstajesz skoro świt, wciskasz się w strój do biegania, wkładasz zegarek na nadgarstek i wybiegasz z domu na trening. Widzisz jak zegarek nalicza kilometry, a ty z każdym krokiem stajesz się odrobinę silniejszy. Kiedy następnego dnia dzwoni do ciebie przyjaciel, który chce cię wyciągnąć na imprezę, ty kategorycznie odmawiasz, mówiąc, że masz  trening, który chcesz zrobić. Wyłączasz telewizor i komputer, który może odciągnąć cię od wyjścia na zewnątrz i zrealizowania planu treningowego.

 

 

Zanim przejdziesz dalej…

Jak myślisz, która wizualizacja jest skuteczniejsza i ostatecznie zwiększy twoje szanse na ukończenie maratonu? 

 

 

 

Wynik kontra Proces

 

Efekty wyobrażania sobie wyniku i procesu działania zostały zbadane eksperymentalnie w wielu badaniach. Podczas tego eksperymentu przeprowadzonego  przez Pham i  Taylor (1999) studenci zostali podzieleni na trzy grupy. Pierwsza z nich dostała na zadanie wizualizację pozytywnych wyników egzaminów (mieli sobie wyobrażać swoje imię w gablocie z wynikami najlepszych studentów),  druga wyobrażanie sobie procesu przygotowywania się do nich, (krok po kroku jak idą do biblioteki, przygotowują stanowisko do nauki, odłączają się od dystraktorów itd…), a trzecia była grupą kontrolną, która miała przygotowywać się do egzaminów tak jak zwykle, bez dodatkowych modyfikacji. Wynik tego eksperymentu był zaskakujący. Osoby, które wyobrażały sobie proces przygotowania się, nie tylko wcześniej zaczęły się przygotowywać i poświęcały dużo więcej czasu na naukę, ale też obiektywnie uzyskały więcej punktów na teście, niż pozostałe grupy.

Powracając do przykładu z maratonem. Jeżeli będziesz wyobrażać sobie proces przygotowania do maratonu, to twoje szanse na jego ukończenie wzrastają. Będziesz bardziej skłonny do regularnego treningu i ostatecznie wbiegniesz na metę.

Może nie jest to tak atrakcyjne, jak wyobrażanie sobie triumfu na linie mety, ale działa.

Dlaczego?

Po pierwsze symulacje procesu zmniejszają poziom wewnętrznego lęku, który jest główną przyczyną odkładania rzeczy na późnej (prokrastynacja) oraz unikania konfrontacji z działaniem, postrzeganym przez jednostkę jako zbyt trudne. Dzięki temu łatwiej jest nam rozpocząć określone zadanie, na przykład trening biegowy. Po drugie, wyobrażanie sobie procesu pomaga nam na sformułowanie odpowiedniego planu działania. Z kolei symulacja pozytywnego sukcesu, tak popularna w świecie rozwoju osobistego sabotuje nasze działania,  gdyż karmiąc się samymi wyobrażeniami o sukcesie, sprawiamy, że nasza motywacja do działania drastycznie spada. Dzieje się tak dlatego, że sycenie się obrazami sukcesu zastępuje nam realne działanie.

Czy to oznacza, że za wszelką cenę należy się wystrzegać obrazów pozytywnych rezultatów i skupić tylko na procesie? Ależ nie! Aby obejść szkodliwy mechanizm spadku motywacji, zastosuj poniższą technikę:

  1. Stwórz pożądaną wizję sukcesu. (Następuje spadek motywacji.)
  2. Uświadom sobie, że to będzie trudne. Twój cel sam się nie zrealizuje.
  3. Uświadom sobie, że skoro realizacja celu jest trudna, będziesz musiał wejść na wyższy poziom, popracować nad sobą i rozwinąć kompetencje.
  4. Sformułuj hasło motywacyjne, które będzie wspierać rozwój danej umiejętności/kompetencji.

 

Na przykład:

Tworzę sobie wspaniałą wizję przekroczenia mety maratonu. Następnie uświadamiam sobie, że pokonanie takiego dystansu (42 km) będzie wymagało odpowiedniego przygotowania mentalnego i fizycznego. Będzie wymagać potu, wysiłku i wielu kilometrów treningu. Uświadamiam sobie, że skoro to będzie trudne, to muszę odpowiednio wytrenować swoje ciało i nabrać kondycji poprzez regularne treningi. Na koniec rzucam hasło motywacyjne: „Teraz idę wzmacniać swoje ciało!” , „Idę pracować nad swoją wytrzymałością fizyczną!” lub „Lecę pracować nad moją siłą woli”.

W haśle motywacyjnym powinna zawierać się realna korzyść dla ciebie. Samo: „Dam z siebie wszystko!” nie wystarczy.

Zaraz po uzyskaniu minimalnej dawki motywacji rusz tyłek do działania. Nie czekaj na cudowny impuls  — taki nie nadejdzie.

 

Uniknij pułapki i działaj

 

Za każdym razem, kiedy najdzie cię ochota na bujanie w obłokach, przypomnij sobie powyższą technikę. Bądź czujny — nasze mózgi są swego rodzaju skąpcami poznawczymi, co oznacza, że ich zadaniem jest minimalizacja niepotrzebnego wydatku energii, który w czasach pierwotnych mógł przesądzić o przetrwaniu człowieka. Miej na uwadze, że  łatwiej tworzyć piękne wizualizacje, niż wziąć się do realnego działania, wyjść ze strefy pozornego bezpieczeństwa i osiągać swoje cele.

 

Na koniec cytat, na który trafiłem zupełnie przypadkiem, a który niezwykle mnie poruszył oraz zainspirował.

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj. Mark Twain

 


Zobacz też

 

 

 

 

 

Źródło badań na studentach: http://journals.sagepub.com/doi/abs/10.1177/0146167299025002010

Jak skutecznie uczyć się języków – praktyczne metody

Jak skutecznie uczyć się języków – praktyczne metody

Dla mnie najważniejsze korzyści ze znajomości języków obcych to czerpanie radości ze swobodnej rozmowy z ludźmi na całym świecie oraz  dostęp do ogromnej ilości wiedzy. Niestety w szkole system nauki jest zwykle mało efektywny i zamiast rozbudzać radość do nauki, często zniechęca uczniów na wiele lat. Pamiętajmy, że nieskuteczny system nie może stać się wymówką do niepodjęcia działania. Dzisiaj przedstawię skuteczne narzędzia do nauki, które sprawdziły się i nadal doskonale sprawdzają dla mnie.

*Nie czerpie żadnych zysków finansowych z polecanych narzędzi. Polecam tylko te, które realnie pomogły mi w nauce języków.

Mówienie

Cel nauki języka jest prosty. Nauczyć się swobodnie formułować oraz rozumieć komunikaty. Zauważyłem, że wiele osób ma pewną blokadę psychologiczną przed rozmawianiem, nawet jeśli dość dobrze znają dany język. Przeszkodą mogą być przekonania typu: Już dawno powinienem się nauczyć angielskiego, nie jestem zbyt dobry lub nie chcę się ośmieszyć.
O zmianie przekonań pisałem tutaj.

Takie blokady skutecznie utrudniają praktykę języka, uniemożliwiając popełnianie błędów, które są niezbędne w procesie nauki. Rozwiązanie jest więc następujące: Za wszelką cenę używaj języka! Nawet przy najgłupszej okazji. Kiedy byłem w Anglii pierwszy raz, zrozumiałem, że żeby nauczyć się języka nie wystarczy jechać do danego kraju i tam siedzieć, ale trzeba realnie zmusić się do jego używania w każdej sytuacji. Dlatego pytałem się przechodniów o drogę, o godzinę, w parku zagadałem do grupki trenujących Anglików. Wymagało to ode mnie dużego przełamania się i wyjścia ze strefy komfortu, ale było warto.

Jeśli nie masz możliwości praktyki języka w kraju, w którym się go używa, nie zniechęcaj się. Istnieje wiele portali internetowych, które umożliwiają wymianę językową z ludźmi na całym świecie. Ja dzięki stronie MyLanguageExchange.com znalazłem partnera językowego z Kolumbii do nauki języka hiszpańskiego. Możesz też skorzystać z lekcji profesjonalnych nauczycieli z Italki.com. Dla samodzielnej praktyki polecam metodę Direct (dawnej metoda Callana), która kładzie duży nacisk na mówienie oraz bezpośrednią komunikację. Dużą popularnością cieszą się też kursy autorstwa Beaty Pawlikowskiej – Blondynka na językach.

Słówka i gramatyka

Dobra wiadomość jest taka, że wystarczy znajomość 1000 podstawowych słówek, aby zrozumieć większość komunikatów w danym języku. Jak więc w szybkim tempie opanować tak dużo słówek? Niektórzy wolą tradycyjne metody takie jak zapisywanie słownictwa w zeszycie, czy też wielokrotne ich przepisywanie, i jeśli te metody się sprawdzają w ich przypadku to super. Warto jednak wspomnieć o nowych wynalazkach, od których aż roi się w internecie. Pierwszą z nich jest aplikacja, której używam nie tylko do nauki języków, ale też do nauczenia się wielu innych definicji i pojęć. Mowa o Quizlet.com. Platformy tej używam od 2 lat i sprawdza się doskonale w nauce nowego słownictwa. Pozwala mi tworzyć niezliczone zestawy fiszek (flashcards), które systematycznie powtarzane na stałe przenoszą się do pamięci długotrwałej.

Zobacz  mój przykładowy zestaw fiszek tutaj.

Trzeba pamiętać, że nauka nowych słówek i zwrotów, nie ma sensu, jeśli nie będziemy umieć użyć ich w kontekście. Dlatego tworząc, swoje fiszki warto umieścić tam przykładowe zdanie. (Czego ja nie zrobiłem w powyższym zestawie, ponieważ przykłady zdań z tymi słówkami mam w książce, do której często wracam.)

Kolejną platformą do nauki słówek i gramatyki jest Duolingo. Platforma ta dostępna jest zarówno na przeglądarkę, jak i na smartfona. Wykorzystuje ona mechanizm grywalizacji, czyli pozwala zdobywać punkty za wykonane zadania i stopniowo piąć się na wyższe poziomy. Istnieje również możliwość konkurencji ze znajomymi, co jest kolejnym aspektem motywującym do działania.

Staromodne podręczniki do nauki gramatyki zwykle omijam szerokim łukiem, zastępując je praktycznymi ćwiczeniami na przykład na perfect-english-grammar.com

Słuchanie

Rozumienie komunikatu zwrotnego jest niezbędnym komponentem nauki języka obcego. W jaki sposób możemy zwiększyć poziom zrozumienia? Odpowiedź jest prosta: Słuchać jak najwięcej! Nawet jeśli niewiele rozumiemy. Mózg, który jest „zanurzony” w środowisku obcego języka zaczyna przyswajać go sobie o wiele sprawniej, dlatego z każdej strony staraj się otaczać językiem, którego się uczysz. Nie słuchaj rzeczy, które nie są dla ciebie interesujące, wybierz te tematy, które są w kręgu twoich zainteresowań. Dzięki temu będziesz łatwiej przyswajał wiedzę. Kieruj się zasadą łączenia przyjemnego z pożytecznym.

Dla mnie dużą wartość ma strona TEDx, gdzie mówcy z całego świata prezentują swoje idee. Pod każdym odcinkiem możemy znaleźć transkrypt, co umożliwia aktywne śledzenie wygłaszanego tekstu.

Kolejnym doskonałym źródłem są Podcasty. Czyli darmowe audycje na rozmaite tematy, które można pobrać z internetu. Zwykle słucham ich, podróżując środkami publicznego transportu oraz samochodem.

Oglądanie seriali w języku, którego chcemy przyswoić jest doskonałym sposobem na połączenie rozrywki z nauką. Warto włączyć napisy w danym języku, zamiast po polsku. Zwiększy to efektywność nauki. Seriale, które podniosły mój stopień rozumienia języka to m.in.: Breaking Bad, Gra o Tron, House of Cards, (Angielski), Narcos (Hiszpański).

Czytanie

Czytanie może wydawać się najcięższe i na początku nauki zwykle tak jest. Jeśli jesteś molem książkowym tak jak ja, czytaj w obcym języku swoje ulubione książki, które już przeczytałeś po polsku. Tym sposobem będziesz rozumiał rozwój akcji oraz fabułę. Niezastąpionym urządzeniem, które umożliwia przyjemne czytanie w obcym języku jest czytnik Kindle. Dzięki temu, że posiada on wbudowany słownik, istnieje możliwość sprawdzenia znaczenia słówka w 2 sekundy. Dodatkowo system zapisuje dane słówka, co umożliwia ich  systematyczne powtarzanie.

Systematyczność

Internet oferuje niemal niewyczerpane źródło wiedzy z wielu dziedzin. Wszystko to jednak nie da żadnych rezultatów, jeśli nie podejmiesz odpowiedniego DZIAŁANIA. Nauka języków wymaga codziennej aktywności, powtarzania i co najważniejsze używania danego języka w rzeczywistej komunikacji z ludźmi. Osiągnięcie odpowiedniej systematyczności i wprowadzenie nawyków jest konkretnym wyzwaniem, jednak dokonanie tego sprawi, że nauka będzie o wiele przyjemniejsza. Temat nawyków jest bardzo obszerny, dlatego zajmę się nim w kolejnych wpisach.

Wypróbuj już teraz powyższe metody i pamiętaj, żeby codziennie robić jeden mały krok do przodu. Przykład: ucz się jednego słówka dziennie.

Zobacz też:

14 naukowych korzyści z praktyki medytacji

14 naukowych korzyści z praktyki medytacji

Wokół medytacji krąży wiele mitów, które zniekształcają jej obraz, przez co jawi się ona  jako jakiś mistyczny rytuał z krajów dalekiego wschodu. Na szczęście w ciągu ostatnich 10 lat zostało przeprowadzonych wiele badań, potwierdzających skuteczność rozmaitych technik medytacyjnych w wielu obszarach życia. W dzisiejszym wpisie przedstawię 14 naukowo udowodnionych korzyści, dla których warto rozpocząć codzienną praktykę medytacji już dzisiaj 🙂

 

Zdrowie

Po przejściu 8-tygodniowego trening Uważności badani zostali zaszczepieni na wirus grypy.  Po porównaniu do grupy kontrolnej (która nie przeszła treningu medytacji), u osób medytujących badacze zarejestrowali m.in. znaczny wzrost przeciwciał na szczepionkę.

Po zaledwie 4 dniach treningu medytacji uważności  subiektywne odczuwania nieprzyjemności bólu u badanych zostało zredukowane o 57%, zaś intensywność bólu o 40% w porównaniu do grupy kontrolnej.

 

Szczęście

Badanymi były osoby z zaburzeniami nastroju, które przeszły trening medytacji Uważności. Rezultaty ukazały, że praktyka medytacji prowadzi do redukcji ruminacji – czyli kompulsywnego myślenia, które często prowadzi do chorób i zaburzeń.

Eksperyment na 139 pracujących dorosłych dowiodły, że medytacja miłującej dobroci (loving-kindness meditation) zwiększa poziom doświadczanych pozytywnych emocji.

Rezultaty badań przeprowadzonych przez badaczy na Uniwersytecie Connecticut, ukazały znaczną poprawę w  leczeniu osób z zaburzeniami lękowymi.

Wyniki Programu Redukcji Stresu (MBSR) ukazują, że może być efektywna w celu zmniejszenia poziomu stresu oraz ogólnej poprawy jakości życia.Podejrzyj

 

Relacje

Rezultaty eksperymentów wykazały, że medytacja może pomóc we wzroście pozytywnych emocji społecznych i zmniejszyć poczucie izolacji.

W Stanfordzkim eksperymencie u badanych, którzy przeszli trening medytacji współczucia (CCT – Compassion Cultivation Training odnotowano znaczny wzrost w trzech dziedzinach: Empatii dla innych, odbierania empatii od innych oraz empatii wobec siebie.

W trakcie medytacji zmienia się nasza relacja z samotnością. Znikają wzorce lękowe, które sprawiają, że czujemy się zagrożeni, czując samotność.

 

Samodyscyplina

Po 9-tygodniowym treningu zanotowano spadek poziomu zmartwień oraz tłumienia emocji.

Badanymi byli ludzie praktykujący medytację Vipassana, która opiera się na świadomości ciała oraz oddechu.

 

Zmiany w mózgu

To, że praktyka medytacji fizycznie zmienia mózg, wiadomo już od 2008 roku. Badacze odkryli, że mózgi osób medytujących  różnią się od mózgów osób nie-medytujących w dwóch miejscach: Zwięszona objętośc substancji szarej w prawej części kory oczodołowej-przedczołowej oraz w prawej części hipokampa. Te części mózgu są odpowiedzialne za regulację emocji oraz odpowiedź na bodźce.

 

Produktywność

Rezultaty badań ukazały, że medytacja uważności może ulepszyć związane z uwagą reakcje behawioralne poprzez ulepszanie  funkcjonowania określonych sub-kompomentów uwagi.

Te badania dowiodły, że krótki trening medytacji uważności ulepsza przetwarzanie przestrzenne pamięci.

 

 

Jeżeli te korzyści są dla ciebie wystarczające  i przez regularną praktykę chcesz chcesz doświadczyć ich na własnej skórze, to kliknij tutaj, gdzie znajdziesz szczegółową instrukcję do medytacji uważności 🙂

 

 

 

Zobacz też:

 

 

 

 

 

Mój sposób na potworną produktywność

Mój sposób na potworną produktywność

Technika Pomodoro jest jednym  z najprostszych i najskuteczniejszych wynalazków do zwiększenia produktywności.  Stosuję ją od bardzo dawna i nie wyobrażam sobie pracy oraz nauki bez niej. Możesz zacząć stosować ją już teraz – to naprawdę proste!

 

Czym jest Pomodoro?

Pomodoro to technika zarządzania czasem, która ułatwia walkę z prokrastynacją oraz zwiększa produktywność. Dzięki tej technice twoja koncentracja będzie jak laser. Skupisz się na jednym zadaniu i zrealizujesz go o wiele szybciej, niż w przypadku rozdrabniania się na tuziny innych i uprawiania multitaskingu.

Wszystko, czego potrzebujesz, aby zacząć czerpać z niej korzyści to minutnik i dobre chęci. Może  to być zwyczajny kuchenny timer lub  zegarek.  Jednak obecnie jest dostępnych wiele świetnych aplikacji, które mają dodatkowe funkcje i sprawdzają się wyśmienicie w praktyce. Zrób już teraz pierwszy krok i zaopatrz się w timer. ( lista aplikacji na końcu)

 

Jak ją stosować?

Masz przed sobą trudne, ale ważne zadanie do wykonania, jednak nie możesz się zmobilizować i przezwyciężyć niechęci do jego wykonania. Uruchamiasz więc aplikację pomodoro i nastawiasz czas na 25 minut. Przez te 25 minut  koncentrujesz  się tylko na tym jednym zadaniu, a po upłynięciu tego czasu, robisz 5-10 minutową regeneracyjną przerwę.

Dlaczego to działa? Świadomość, że to tylko 25 minut pracy, pozwoli Ci  łatwiej przełamać niechęć do rozpoczęcia realizacji zadania. Dodatkowo czas przerwy, podczas której  możesz napić się wody lub przejść się na krótki spacer umożliwi ci regenerację umysłu oraz ciała. Dzięki temu będziesz mógł powrócić do zadania wypoczęty, z czystym umysłem.

Już teraz zaplanuj swoje pierwsze 25-minutowe sesje pracy/nauki/czytania, które wykonasz w najbliższym czasie. Daj sobie dwa tygodnie na zapoznanie się i poeksperymentowanie z metodą, dopasuj czas przerw oraz sesji do swoich potrzeb i pamiętaj, że najtrudniej zawsze jest zacząć. Wprowadzaj zmiany małymi krokami.

 

4 główne zasady korzystania z techniki

  1. Nie przerywaj sesji. Staraj się pracować w skupieniu przez wyznaczony czas.
  2. Ogranicz  wszelkie „przeszkadzajki” typu: maile, portale społecznościowe i sms-y. Poinformuj też ludzi w swoim otoczeniu, że jesteś niedostępny w trakie sesji.
  3. Zaplanuj aktywne przerwy (na przykład: wyjście na świeże powietrze zamiast przeglądania facebooka)
  4.  Na początku nie planuj wiele zadań. Daj sobie przestrzeń do realizacji tych 3, 4  najważniejszych na dzień.

 

Jak Zwiększyć efektywnoś techniki?

Opisałem podstawową wersję pomodoro, którą w łatwy sposób możemy ulepszyć. Zastosujemy tu dodatkową metodę, którą nazywam techniką talizmanu. 

Talizman to  na przykład pierścionek, smycz lub opaska na nadgarstek, którą zakładasz na czas trwania sesji pomodoro. Najważniejsze jest to, aby ten przedmiot był wyczuwalny w dotyku. Z czasem twój mózg wyrobi sobie nawyk zwiększania koncentracji zaraz po włożeniu talizmanu, co ułatwi ci skupienie na wykonywanym zadaniu. Za każym razem, kiedy będziesz zaczynał pracę,  niech twoim głownym celem będzie ubranie talizmanu – nie myśl w ogóle o liście zadań do zrobienia, oddziel się od natrętnych myśli o przytłaczającej ilości zadań – to wykluczy niechęć do rozpoczęcia sesji nauki/pracy.

Już od 4 lat moim talizmanem jest zwykła smycz na klucze, którą wkładam na szyję przed rozpoczęciem sesji pracy/nauki. Jest to sygnał, że przez następne 35 minut (tyle trwa obecnie moja jednorazowa sesja) skupiam się maksymalnie na jednym zadaniu, które wcześniej zaplanowałem.

 

Moja historia 

W liceum zaraz przed maturą usiłowałem zmusić się do wykonywania zadań z matematyki, która była moją piętą achillesową – miałem ogromne braki, nie zdałem żadej z kilku próbnych egzaminów i istniało realne ryzyko, że obleję główny egzamin, co skazałoby mnie na egzamin poprawkowy we wakacje. Istniało tylko jedno rozwiązanie tego problemu – codzienna, systematyczna nauka.Na szczęście natrafiłem wtedy na tajemniczą technikę pomodoro, która miała zdziałać cuda.  Pierwszy raz ustawiałem timer na 50 minut i przez ten czas ćwiczyłem rozwiązywanie równań. Zauważyłem, że o wiele łatwiej wykonuje mi się  zadania z myślą o alarmie, który niebawem zadzwoni i wybawi mnie z umysłowych męczarni. Głównie dzięki tej metodzie udało mi się osiągnąć systematyczność, która przełożyła się na pozytywne wyniki końcowego egzaminu.

Od tamtej chwili używam jej prawie codziennie, kiedy realizuję swój plan dnia. (Na przykład pisząc ten wpis 🙂 )

 

Podziel się w komentarzu swoimi metodami na zwiększenie produktywności. Podejmij wyzwanie i  wypróbuj Pomodoro już teraz! 

 

Top 4 sprawdzonych przeze mnie aplikacji  pomodoro. ( Zachęcam do przetestowania ich w dowolnej kolejności i dobrania jednej, odpowiedniej do swoich potrzeb)

  1. Mechaniczny Pomidor – Tej aplikacji używam obecnie.
    • Plusy
      • duże możliwości dostosowania ustawień
      • pełna automatyzacja sesji
      • sygnał pre-end, który informuje, że przerwa zbliża się lub kończy
    • Minusy
      • trzeba poświęcić trochę czasu, żeby w pełni nauczyć się jej obsługi
      • czasami dźwięk dzwonków się resetuje i trzeba ustawiać go na nowo
  2. Clear Focus
    • Plusy
      • prosty w obsłudze w sam raz dla początkujących
      • minimalistyczny i przyjemny dla oka design
    • Minusy
      • brak możliwości ustawienia dzwonka pre-end, który sygnalizuje, że zbliża się przerwa.
  3. GoodTime Czasomierz
    • Plusy
      • automatyczne włączanie trybu ” nie przeszkadzać „
    • Minusy
      • nie zauważyłem
  4. Tomato-timer 
    • Plusy
      • prosta w obsłudze
      • aplikacja przeglądarkowa
    • Minusy
      • brak automatyzacji sesji

 

 

 

 

Zobacz też:

Spokój natury

Spokój natury

Dzika natura jest dla mnie doskonałą odskocznią od codziennej rutyny. Dzięki przebywaniu w naturalnym środowisku mogę zresetować swój umysł, wyciszyć myśli oraz nabrać dystansu do swojego życia. Spokój natury jest dostępny dla każdego z nas, trzeba tylko  się zatrzymać na moment i po niego sięgnąć.

 

Życie w pudełku

Człowiek jest istotą, która nie została stworzona do życia w czterech ścianach. Niestety większość ludzi  swój czas spędza w sztucznych murach pomieszczeń. Otoczeni betonem, zanieczyszczeni skażonym powietrzem, siedzący prawie 14 godzin na dobę, stopniowo stają się zestresowani, nieszczęśliwi i spięci. Pojawiają się choroby i dysfunkcje, które są uważane za „normalne.” Wyrwanie  z pudełka, odklejenie się od ekranu monitora i tymczasowa rezygnacja z wszelkich wygód „cywilizowanego” świata może wydawać się przerażająca i budzić obawy, ale kiedy spędzi się kilka nocy pod namiotem w puszczy, zdobędzie szczyt góry lub po prostu pospaceruje po tętniącym życiem lesie, następuje znaczna przemiana – Chaos i niepokój zaczyna stopniowo zanikać, a umysł i ciało powracają do utraconego stanu homeostazy.

 

Widok ze szczytu Walii – Park Narodowy Snowdonia.  Copyright: Patryk Wojtal

 

Za górami, za lasami…

W ciągu ostatnich kilku lat góry stały dla mnie czymś więcej niż tylko szarą materią wystającą z ziemi. Od kiedy zacząłem biegać w terenie górskim, zrozumiałem, jak bardzo są one niezwykłe i mistyczne. Teraz podczas długich samotnych wspinaczek/biegów towarzyszy mi dziecinna radość z pokonywania swoich ograniczeń, oddychania czystym powietrzem oraz zapierających dech w piersiach widoków. Eksploracja nowych terenów  pobudza mój umysł i zwiększa kreatywność. Jeśli masz szczęście tak jak ja i mieszkasz blisko gór, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w najbliższym czasie spakować tobołek i ruszyć w trasę. Jestem przekonany, że zauroczą cię majestatyczne szczyty, wyzwalający spokój oraz uspokajająca siła zieleni. Musisz tylko sobie na to pozwolić i oderwać od „przeszkadzajek,” czyli np.: telefonu.

 

Tatry Wysokie - Widok z Zawratu (Wysokość n.p.m.: 2 159 m)
Tatry Wysokie – Widok z Zawratu (Wysokość n.p.m.: 2 159 m)  Copyright: Patryk Wojtal

 

Mnich w lesie

Las jest moim ulubionym miejscem do medytacji uważności. Podczas spaceru mogę ukierunkować swoją uwagę na otaczające mnie dźwięki oraz zapachy natury. Las uspokaja myśli, ponieważ brakuje w nim form stworzonych przez człowieka, które pobudzają do ciągłego myślenia. Po pewnym czasie następuje synchronizacja umysłu z ciszą naturalnego środowiska, co skutkuje oderwaniem się od problemów i zmartwień codziennej egzystencji. Czuję wtedy, że jestem połączony z naturalnym rytmem przyrody, jako jej integralna część, a nie oderwany, obcy byt.

 

 

Las

 

Ucieczka w Bieszczady

„A może by tak wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?” 

Te myśli powracają do mnie szczególnie w czasie, kiedy zmagam się z jakimś trudnym zadaniem. Uroku Bieszczadzkich gór dane mi było doświadczyć podczas zimowego maratonu w styczniu. Przemierzając dziką krainę, podziwiałem surowy krajobraz i wypatrywałem niedźwiedzia, na którego obecność liczyłem od samego początku trasy. Zaraz po powrocie zapisałem się na kolejny bieg, który ma odbyć się w październiku. Bieszczady są doskonałym miejscem na kontemplację przyrody i odpoczynek.

Bieszczady, Cisna, styczeń 2017
Bieszczady, Cisna, styczeń 2017. Copyright: Patryk Wojtal

 

Mam nadzieję, że ten krótki wpis zainspiruje Cię do wyruszenia na epicką wyprawę lub do zwykłego spaceru i wytchnienia na łonie natury.

Podziel się w komentarzu swoimi ulubionymi miejscami, do których chętnie wracasz 🙂

 

 

 

Medytacje o szczęściu

Medytacje o szczęściu

Moje medytacje, czyli subiektywne, luźne przemyślenia na rozmaite tematy.

 

Jeśli zapytałbym kilka przypadkowych osób na ulicy, czym jest dla nich szczęście, uzyskałbym zapewne zróżnicowane odpowiedzi. To nie nowość, że poczucie szczęścia to stan wysoce subiektywny, jednak mało kto bierze pełną odpowiedzialność za swoje emocje oraz nastroje. Łatwiej jest obarczyć odpowiedzialnością czynniki zewnętrzne, niż zwrócić uwagę do wewnątrz siebie i tam poszukać rozwiązania. Według mnie kluczem do szczęścia jest uświadomienie sobie jednej prostej prawdy: Twój świat zewnętrzny, jest odbiciem twojego świata wewnętrznego.

Nasz poziom szczęścia jest to pewnego stopnia zdeterminowany genetycznie i środowiskowo, ale możemy wiele zmienić, pracując nad sobą każdego dnia.

Wzięcie odpowiedzialności za swoje szczęście wiąże się z podjęciem pracy nad sobą, czyli na przykład: wykorzenieniem destrukcyjnych nawyków takich jak: trucie się śmieciowym jedzeniem, zła higiena snu czy brak ruchu, odcięciem się od niewpierających relacji oraz zmiana priorytetów w życiu. Równie ważna jest praca nad światem wewnętrznym, czyli oczyszczeniem się z nawyków mentalnych takich jak: narzekanie, krytykowanie siebie, tworzenie pesymistycznych scenariuszy. Umysł i środowisko wzajemnie na siebie oddziałują, dlatego ważne jest zadbanie o oba te aspekty.

Pułapka czasu

Z westchnieniem wspominamy stare, dobre czasy lub uciekamy myślami w daleką przyszłość, gdzie nasze problemy zostały rozwiązane, osiągnęliśmy swoje cele i życie jest lepsze. Oczywiście nie ma nic złego w marzeniach czy wspomnieniach. Problem może pojawić się wtedy, kiedy większość naszego czasu i energii psychicznej pochłaniają przyjemne/nieprzyjemne myśli o przyszłości lub przeszłości. Taka ucieczka od chwili teraźniejszej jest związana z chęcią oderwania się od realnej, „surowej” rzeczywistości, którą postrzegamy jako wrogą. Międlenie tych samych myśli w kółko jest określane w psychologii jak ruminacje. Myślę, że każdy, kto doświadczył tego zjawiska, wie, jak bardzo jest ono męczące i destrukcyjne dla psychiki.

Ostatnio bezustannie przyłapuję swój umysł na rozmyślaniach o przyszłych wydarzeniach, które postrzegam, jako ekscytujące. Im częściej zdaję sobie sprawy, ile mojego czasu pochłaniają te myśli, tym bardziej jestem przekonany, że potrzebuję wrócić do teraz. Moim sposobem na powrót do wewnętrznej równowagi jest Uważność. Jest to bezstronna i świadoma obserwacja własnych myśli oraz emocji. Poprzez codzienną praktykę uświadomiłem sobie, że myśli nie są rzeczywistością, a jedynie jej wykrzywioną interpretacją. Wydaje się to oczywiste, ale sama wiedza, że tak jest, nie wystarczy; do zmiany potrzebne jest osobiste doświadczenie. Teraz jestem bardziej nieufny w stosunku do tego, co bezustannie podsuwa mi mój umysł i właśnie to sprawia, że jestem trochę bardziej spokojny i zrelaksowany. Uświadomienie sobie, że nie jestem swoimi myślami, zajęło mi dużo czasu, ale był to dla mnie bezcenna zmiana paradygmatu.

Wdzięczność

W ciągu ostatnich lat nauczyłem się cieszyć małymi rzeczami, które codziennie mnie otaczają, a na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Wyrażanie wdzięczności, za to, co posiadam, jest dla mnie kluczowym ćwiczeniem, służącym do zwiększania subiektywnego poziomu szczęścia. Zdrowie, rodzina, przyjaciele, małe sukcesy, pogoda, wolność, kolejny dzień życia: to rzeczy, na które często nie zwracamy uwagi w codziennym życiu, dopóki jakieś z niej nie tracimy. Prostym ćwiczeniem, które może nastroić mózg na wyrażanie wdzięczności, jest Lista Wdzięczności. Polega ono na codziennym zapisywaniu rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni danego dnia przez ok. 5 minut. W moim przypadku ćwiczenie to po kilkunastu dniach dało namacalne efekty w postaci lepszego samopoczucia oraz spokoju wewnętrznego.

Relacje

Badania prowadzone przez naukowców z Harvardu, którzy przez 75 lat obserwowali grupę 724 mężczyzn i kobiet, ukazały, że najlepszym sposobem na zdrowe i szczęśliwe życie są dobre relacje z innymi ludźmi. Robert Waldinger, kierownik projektu, podkreśla, że nie chodzi tu o ilość relacji, ale o ich jakość.

Kiedyś usłyszałem prawdziwe zdanie, które skłoniło mnie do refleksji; ”Jesteśmy średnią pięciu osób, z którymi się stykamy.”

Otaczanie się ludźmi, którzy narzekają, krytykują i są z reguły nieszczęśliwi, sprawi, że ty też prędzej, później zarazisz się ich negatywnością. Jak temu zaradzić? Według mnie sposób jest jeden: maksymalnie ograniczyć kontakt i jeśli to możliwe całkiem zerwać relację. Wydaję się to radykalne posunięcie, ale nikt nie ma prawa Cię poniżać, dołować i agresywnie krytykować, nie mówiąc już o przemocy fizycznej i psychicznej. Oczywiście nie należy robić nic pochopnie i najpierw warto porozmawiać z daną osobą, jeśli to nie zadziała podjąć ostateczną decyzję o zakończeniu relacji. Życie jest zbyt krótkie, żeby tracić czas na niezdrowe relacje. Otaczaj się ludźmi, którzy są wspierający i motywują Cię w twoich działaniach.

 

Szczęście to stan, o który sami musimy się zatroszczyć, bo nikt, ani politycy, sława, czy pieniądze, nie zrobią tego za nas. Dlatego dbajmy o naszą przestrzeń emocjonalną, twórzmy prawdziwe i trwałe relacje oraz zachowajmy dystans do chaotycznych myśli, które podsuwa nam nasz wzburzony umysł.

Mam nadzieję, że wyciągniesz z tego wpisu chociaż jedną wartościową dla siebie rzecz.

Czym jest dla Ciebie szczęście? Jakie są Twoje sposoby na zwiększenie jego poziomu?

Podziel się refleksjami w komentarzu 🙂

Podróż bohatera

Podróż bohatera

Podróż bohatera ( Hero’s Journey ) to pojęcie to stworzone przez Josepha Campbella, który w siedemnastu etapach opisuje podróż, jaką przebywa bohater w trakcie opowieści. Dziś przybliżę ten fascynującą teorię oraz ukażę, jak odnosi się do naszego życia.

 

The Hero's Journey scheme
Wezwanie do działania

Pierwszy etap wędrówki to wezwanie do akcji. Bohater lub bohaterka wiedzie przeciętne życie w pospolitej wiosce, nie wyróżniając się niczym szczególnym od swoich pobratymców. Nieoczekiwanie zdarza się coś, co jest dla niego wezwaniem do przygody, wyjściem ze strefy tego, co znane poza bezpieczne bramy jego wioski.  Bohater wyrusza na wyprawę, mając lojalnego towarzysza u boku. Następnie na jego drodze pojawia się  mentor, który  staje się dla bohatera głównym przewodnikiem.

Inicjacja 

Na swojej drodze do celu, którym może być  oswobodzenie księżniczki z rąk przebiegłego  smoka lub zdobycie magicznej mocy, który odmieni jego życie, bohater stawia czoła przeróżnym wyzwaniom i pokusom, które są dla niego próbą. Jeśli je przejdzie, zostanie awansowany na wyższy poziom: ze zwykłego człowieka przeistacza się w prawdziwego herosa. Osiąga swój cel: zdobywa Święty Graal, nadnaturalne moce, rękę księżniczki, pokonuje zło.

Powrót

Po wielu tysiącach przebytych mil, tuzinach  pokonanych smoków i wybitych chordach nieumarłych, bohater wraca do wioski. Dzieli się wiedzą i doświadczeniem, które zdobył, lecz niestety mało kto go rozumie, gdyż nikt tego nie doświadczył . Bohater uświadamia sobie wtedy, że to nie cel podróży był istotny, a sama wędrówka i pokonywanie własnych słabości, które zahartowały jego ciało oraz ducha.

 

Podróż tysiąca mil, zaczyna się od pierwszego kroku…

Schemat podróży bohatera jest wykorzystywany w wielu mitach, współczesnej literaturze oraz filmie. Myślę, że koncept ten doskonale odzwierciedla  życie człowieka, którego los niejednokrotnie stawia przed trudnymi wyborami oraz karkołomnymi wyzwaniami. W ciągu naszego życia trafiamy na wiele wezwań do działania. Kluczem jest podjęcie właściwej decyzji, która może zmienić wszystko: Czy odrzucam szansę od losu i zostaję w strefie komfortu, nic nie zmieniając, czy akceptuję ją razem z kosztami, jakie ze sobą niesie i wyruszam w podróż. Niewątpliwie wybór ten wiąże się z ryzykiem i lękiem wewnętrznym przed tym, co nieznane i obce. Podróż do celu nie zawsze będzie usłana różami, śmiałka czeka przecież masa wyzwań do pokonania, aby awansować na wyższy poziom.

Jak rozpoznać wezwanie?  Może objawić się ono w formie wewnętrznego głosu intuicji, jeśli oczywiście  nie zostanie on zignorowany i wyparty poza ramy świadomości. Uczucie, że musisz zmienić coś w swoim życiu, aby ruszyć do przodu, często jest przerażające, bo wiąże się ze zmianami, których się lękamy, jednak pamiętajmy, że nie jesteśmy sami: każdy człowiek zmaga się z podobnymi lękami.

Przystając na wezwanie, podobnie jak bohater opowieści, musisz odpowiedzieć sobie na jedno pytanie:

Dlaczego jest to dla mnie ważne? 

Wyjście z  komfortu mentalnej „wioski” ma bardzo osobisty charakter. Dla kogoś może być to podróż autostopem, dla kogoś innego decyzja o nauczeniu się nowej umiejętności. Nie ma jednej reguły, jak ma wyglądać podróż, jednak ma jedną cechę; jest nią ZMIANA – odejście od schematu, który powstrzymuje nas przed rozwojem i realizowaniem pełnego potencjału.

Minimalizm = Wolność

Minimalizm = Wolność

Staraj się żyć wyłącznie z tym, co niezbędne, a radość czerp z działania, spędzania czasu z ludźmi, tworzenia, a nie posiadania i kupowania dóbr materialnych. Leo Babauta – Książeczka minimalisty. Prosty przewodnik szczęśliwego człowieka

 

Minimalizm cieszy się ostatnio dużą popularnością zwrówno w  literaturze, jaki i internetowej twórczości. Minimalistyczne podejście do życia jest alternatywą dla materialistycznego trybu życia, napędzanego przez nieustający konsumpcjonizm. Czy warto żyć minimalistycznie?

 

Życie pustelnika?

Minimalizm to radość z odkrywania siebie i  sposób na szczęśliwsze oraz pełniejsze życie. Jest to uwolnienie się od palącej chęci posiadania coraz to większej  ilości przedmiotów materialnych, które stwarzają bardzo przekonującą iluzję wartości. Twierdzenie, że nie posiadamy rzeczy, ale bierzemy je na przechowanie na jakiś czas, może wydawać się kontrowersyjne, ale ma w sobie ziarno prawdy. Każda konstrukcja fizyczna, łącznie z naszym ciałem ulegnie rozpadowi w niedalekiej przyszłości. Nowe ferrari, piękny duży dom, modny smartfon– wszystko to obróci się w pył. Może jest to trochę pesymistyczna wizja, ale jej świadomość pozwala, na zwolnienie i zastanowienie się nad pytaniem:

Po co żyję?

Żeby kupować?

Żeby gromadzić przedmioty?

Odpowiedź  nie należy do najłatwiejszych, ale sądzę, że warto co jakiś czas je sobie zadawać, aby pewnego dnia nie ocknąć się w krytycznej sytuacji. Pytania to ma ono niezwykłą moc, gdyż potrafi zadziałać jak kubeł zimnej wody, jednocześnie budząc wewnętrzny niepokój, zmuszając nas tym samym do zakwestionowania obecnego stylu życia oraz wartości.

Kiedy rozmawiam z ludźmi o minimalizmie, często spotykam się z niezrozumieniem. Wielu osobom minimalizm kojarzy się z życiem ascetycznym życiem pustelnika, który zaszył się gdzieś w Bieszczadach. Wizja ta jest dla mnie kusząca, ale mija się z prawdą.  Minimalizm jest dla mnie uwolnieniem się od pogoni za dobrami materialnymi oraz skupieniem się na sprawach, które dodają wartość do mojego życia.

 

Pułapka sentymentu

Redukcja posiadanych przedmiotów do minimum pozwala na większe docenienie tych konkretnych, które mamy.

Główna wskazówka, jaką dzielą się doświadczeni minimaliści,  brzmi następująco:

 Jeśli nie używałeś jakiegoś przedmiotu  w ciągu ostatnich sześciu miesięcy lub myślisz, że nie będziesz go używał w ciągu kolejnego półrocza, to możesz spokojnie się go pozbyć.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Przecież ten stary fotel wspomina stare, dobre czasy, kiedy wszystko było piękniejsze! Decyzja o jego pozbyciu się będzie niewątpliwie traumatyczna, lecz po jakimś czasie poczucie pustki wypełni euforia wolności od starego mebla. Z doświadczenia wiem, że rozstawanie się z ukochanymi przedmiotami nie należy to do najprzyjemniejszych czynności. Perspektywa uporządkowania, wyrzucenia, sprzedania, czy też oddania gratów, które zbieraliśmy od dekad, budzi uzasadnione obawy. Rozważając wszelkie za i przeciw możemy dojść do wygodnego wniosku, że nie warto się męczyć, jednak trzeba zwrócić uwagę na obciążenie psychologiczne, jakie wiąże się z posiadaniem zbyt wielu rzeczy. Lęk przed stratą w wyniku kradzieży, zniszczenia lub zgubienia ulubionego zegarka może przyprawiać o dreszcze. Czy warto stawiać na szali swoje zdrowie psychiczne i fizyczne? Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam.

 

Ucieczka od wolności

Przemierzając zawiłe labirynty gmachu domu towarowego w drodze do księgarni, mam nieodparte wrażenie, że kroczę w tłumie, obwieszonej torbami chordzie  zombie, a co najgorsze sam powoli przeistaczam się w jednego z nich. Reklamy, które mówią, że nie będziesz piękna, jeśli nie wybierzesz tej konkretnej szminki, wyszukane wystawy, zachęcają do wyciągnięcia karty kredytowej z portfela; dosłownie wszystko krzyczy, abyś rzucił się w szaleństwo zakupów. Czy wkraczając w ten świat, nie stajemy się niewolnikami martwych rzeczy? Zmanipulowani przez kuszące reklamy,  zarzucamy na swoje nadgarstki kajdany, które nieuchronnie ciągną nas w przepaść. Popadłem w tę pułapkę wielokrotnie, jednak świadomość, że przehandlowuje swój czas (pieniądze) za marne gadżety, sprawiła, że spojrzałem na ten temat z nieco innej perspektywy.

Pieniądze oszczędzone na niepotrzebnych gadżetach wolę przeznaczyć na doświadczenia, których wspomnienia pozostaną ze mną do końca moich dni. A jaki ty podejmiesz wybór?

 

Pierwszy krok

Mam nadzieję, że ten krótki wpis będzie dla ciebie zachętą do rozpoczącia swojej przygody z minimalizmem.

Czy więc można być szczęśliwym, posiadając mniej? Przekonaj się sam i rozpocznij minimalistyczne wyzwanie. Pierwszy krok to pozbycie się niepotrzebnych rzeczy. Przeglądnij swój dobytek i zastanów się nad wspomnianym wcześniej pytaniem:

Czy używałem tego przedmiotu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy i czy będę go używał w ciągu kolejnego półrocza?

Jeśli odpowiedź brzmi „NIE”, masz trzy opcje: sprzedać, wyrzucić lub oddać.

Prosta sprawa :)

Podziel się w komentarzu swoimi refleksjami i napisz, czy podejmujesz wyzwanie.

 

 

Jak zmienić swoje przekonania, czyli antywirus dla umysłu

Jak zmienić swoje przekonania, czyli antywirus dla umysłu

Umysł, podobnie jak komputer osobisty, narażony jest na zainfekowanie szkodliwymi „programami”, które spowalniają pracę całego systemu, utrudniając wykorzystanie jego pełnego potencjału. Nie uświadamiając sobie zagrożenia, nie  podjemujemy odpowiedniego działania. Po jakimś czasie skutki infekcji ujawniają się w postaci m.in: nieprzyjemnych emocji, depresji czy też poczucia niezadowolenia z życia. 

 

Przekonania (programy) kształtują twoje postrzegania świata, zachowania oraz rzeczywistość wokół ciebie. Wpływają też na interakcję z ludźmi, poczucie szczęścia oraz wiele innych aspektów naszej egzystencji. Są one w centrum tego, kim jesteśmy jako ludzie. Niestety w procesie socjalizacji wiele destruktywnych programów zostaje zainstalowanych na naszych „dyskach” w wyniku kontaktu z środowiskiem, w którym się wychowujemy < rodzinę, nauczycieli, rówieśników, media,  kulturę, rówieśników, grupę itd.>  Jako dzieci, które jeszcze nie wyształciły zdolności pełnego krytycznego myślenia nie potrafimy odróżnić neutralnego lub wspierającego programu od podstępnego wirusa, którego celem jest wysysanie z nas szczęścia i powodowanie zniszczeń. System, pozbawiony możliwości kwarantanny systematycznie pogrąża się w chaosie.

Na szczęście istnieje sposób na odwirusowanie swojego umysłu, ale potrzebny jest do tego mocny „Antywirus” i siła woli.

W tym wpisie przedstawię  ćwiczenie umożliwiające na zeskanowanie swojej sieci przekonań oraz zmianę tych wadliwych programów na wspierające.

 

Twój świat zewnętrzny jest odbiciem twojego wewnętrznego świata. 

 

Zacznijmy od definicji przekonania. Najprościej mówiąc, jest to pewna idea, którą zwykle postrzegasz jako prawdę absolutną oraz integralną część siebie. Twój mózg poszukuje informacji, które mogę potwierdzić prawdziwość danego przekonania, ignorując przy tym sprzeczne fakty, które mogłyby wzbudzić niepokój i wątpliwości. Załóżmy, że masz takie przekonanie: „Ludzie są źli”. W życiu codziennym będziesz poszukiwał dowodów na potwierdzenie tego stwierdzenia, nie zwracając uwagi na sprzeczne informacje, przez co coraz bardziej będziesz utwierdzał się w swojej „nieomylności”. Jest to jeden z wielu błędów poznawczych, na które jesteśmy narażeni. Został ochrzczony przez psychologię, jako efekt konfirmacji/efekt potwierdzenia.

System przekonań jest subiektywnym zbiorem myśli, które posiadamy na temat  takich aspektów życia, jak: świat, ludzi, ja, przyszłość, przeszłość i wiele innych. Wierzymy, że są one niezaprzeczalnie prawdziwe i co najważniejsze, związane są z silnymi reakcjami emocjonalnymi, które prowadzą do określonych zachowań, które z kolei kształtują twoją rzeczywistość.

Sieć przekonań, która została  zainstalowana w  twojej głowie, może sprawić, że życie  będzie ciężkim i nieprzyjemnym doświadczeniem. Weźmy na przykład taki zestaw przekonań-wirusów:

  • Ludzie są źli.
  • Jestem do niczego, nic mi się nie udaje.
  • Nigdy nie odniosę sukcesu.
  • Jestem głupi i gorszy od innych – (najczęściej nabywane w szkole)
  • Życie jest okrutne.
  • Pieniądze są źródłem zła.
  • Bogaci kradą.
  • Jestem brzydka.
  • Nie poradzę sobie w przyszłości.
  • Po co się starać o cokolwiek, przecież  i tak wszyscy skończymy na cmentarzu.

Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo i zapewne w każdym obszarze życia znalazłbym co najmniej kilkanaście. Skąd się biorą? Według mnie główną przyczyną jest ignorancja oraz szkodliwe wzorce społeczno-kulturowe.

 

Na drugim krańcu spektrum lokują się  przekonania, które są wspierające.

  • Jestem w pełni odpowiedzialny za swoje emocje.
  • Kocham siebie.
  • Ludzie są z natury dobrzy.
  • Uwielbiam wyzwania i nowe sytuacje.
  • To ja wybieram, jak się czuję.
  • Jestem wolny i niezależny od kogokolwiek.
  • Żyję tak, aby być niezależnym finansowo.
  • Poradzę sobie w każdej nowej sytuacji.
  • Jestem pewny siebie.
  • Przyszłość i przeszłość to tylko historie w mojej głowie.
  • Nie jestem swoimi myślami.

 

Przekonanie zwykle działa według takiego przybliżonego schematu.

Przekonanie „Jestem do niczego.”  (Źródło myśli) -> Nieprzyjemne myśli (Znowu mi się nie udało, no jasne przecież jestem do bani”  -> Nieprzyjemne emocje (frustracja, złość, smutek) -> Destrukcyjne zachowania(nie spróbuje drugi raz, bo wiem, że i tak mi się nie uda) -> Potwierdzenie przekonania (jestem do niczego.)

 


Na szczęście mamy wpływ na to jakie przekonania posiadamy. Czas wprowadzić zmiany.

Ćwiczenie – skan umysłu (przybliżony czas 15-25 minut)

etap I. Rozpocznij skanowanie

1. Co o tym myślę? 

Pierwszym krokiem do zmiany destruktywnych przekonań jest ich identyfikacja. Żeby rozpocząć proces zmiany, konieczna jest świadomość tego, co cię ogranicza. W tym celu weź czystą kartę i wypisz wszystkie przekonania, które posiadasz. Zarówno te destruktywne jak i budujące. Ułatwisz sobie to zadanie, odpowiadając sobie na następujące pytania:

  • Co myślę o świecie?
  • Co myślę o innych ludziach?
  • Co myślę o pieniądzach?
  • Co myślę o swoich możliwościach?
  • Co myślę o sobie?
  • Co myślę o przyszłości i przeszłości?
  • Co myślę o pracy, nauce?
  • Co myślę o religii?
  • Co myślę o polityce?
  • Co myślę o życiu i śmierci?

To tylko przykłady pytań, które możesz wykorzystać do eksploracji  aspektów swojej sieci przekonań, aż do chwili kiedy uzyskasz  ogólny obraz tego, jak postrzegasz świat.

etap II. Analiza raportu  skanowania

2. Jak to przekonanie wpływa na mnie w codziennym życiu?

Spójrz na listę swoich przekonań i zaczynając od pierwszego, odpowiedz sobie na powyższe pytanie. Odkryjesz, w jaki sposób przekonanie Cię ogranicza bądź wspiera.

Kiedy skończysz, wybierz jedno przekonanie, które ma obecnie najbardziej destrukcyjny wpływ na twoje życie – to nim zajmiesz się najpierw. Zmiana przekonań to długi i wymagający proces, dlatego daj sobie czas na pracę nad tym jednym przekonaniem.

 

3. Kiedy mój umysł przyswoił sobie ten „program”, jako swój własny?

Przekonanie może się ukształtować w wyniku silnie emocjonalnej sytuacji. Na przykład odniesionej porażki, której  wynikiem jest przekonanie o własnej bezradności. (Nie radzę sobie w życiu…)

 

4. W jakim stopniu wierzę w prawdziwość tego przekonania?

W skali od 1 do 10, na ile wierzysz, że to przekonanie to prawda?  (1- w ogóle nie wierzę, 10 – mocno wierzę) Niektóre z przekonań, które nas budują, są zupełnie niedorzeczne, ale dlatego, że nigdy ich nie kwestionujemy, są dla nas prawdą absolutną.

 

5. Co powstrzymuje mnie przed uwolnieniem się od tego przekonania i jakie mam korzyści jego posiadania?

Zadając sobie to pytanie, możesz odkryć, że dana myśl nie daje ci zupełnie żadnych korzyści, albo wręcz przeciwnie, istnieje w twojej głowie po to, aby chronić cię przed podjęciem działania. Wierzenie, że pieniądze są źródłem zła, może być usprawiedliwieniem dla faktu, że nie masz ich tyle, ile chcesz. Przecież łatwiej  wmówić sobie, że pieniądze są przyczyną korupcji i deprawacji, niż podjąć działanie i wziąć się za poprawę swojej sytuacji finansowej.

etap  III. Aktualizacja 

6. Jakie jest alternatywne wspierające przekonanie?

Zastanów się nad przekonaniem, które chciałbyś mieć zamiast starego. To pozwoli Twojemu umysłowi na otwarcie się na nową perspektywę. Zapisz to stwierdzenie na kartce papieru i powieś w widocznym dla siebie miejscu.

Wspierające  przekonanie może być przeciwieństwem destruktywnego:

Nie poradzę sobie w życiu -> Poradzę sobie w  życiu.

Ucześ się zbyt wolno -> Uczę się w dobrym tempie. 

Życie jest beznadziejne -> Życie jest piękne.

 

7. Jak są korzyści z posiadania nowego przekonania?

Dzięki temu pytaniu oswoisz swój umysł z nowym przekonaniem, które stanie się nową częścią ciebie. Wymienienie korzyści, wynikających z posiadania nowego przekonania pokaże ci całkiem nową perspektywnę postrzegania świata. Jak byś się czuł, gdyby to przekonanie było częścią ciebie? Daj sobie chwilę na kontemplację.

Etap IV. Monitoring i utrwalenie

Gratuluję dotarcia do ostatniego etapu, który jest najważniejszy ze wszystkich.

Przez kolejne kilka dni noś przy sobie mały notes lub kartkę papieru oraz ołówek. Na kartce napisz swoje destruktywne przekonanie, nad którym pracujesz i nowe przekonanie wspierające. Za każdym razem, kiedy zauważysz, że destruktywne (stare) przekonanie przejmuje kontrolę nad twoimi myślami i emocjami, zaznacz kreskę na kratce i przeczytaj nowe wspierające przekonanie (nie musi być na głos). Ten zabieg zwiększy twoją samoświadomość, co jest bardzo pomocne przy zmianie nawykowych schematów.

 


Wskazówki:

  • Samo czytanie tego wpisu nie sprawi, że się zmienisz. To tego potrzebna jest solida praktyka, dlatego zrób ćwiczenie!
  • Załóż specjalny notes do ćwiczeń i zanotuj odpowiedź na każde pytanie.
  • Pracuj nad każdym przekonaniem powoli i uważnie. Nie nadkładaj na siebie presji, ponieważ, nawet jeśli proces zmiany będzie trwał kilka miesięcy, czy lat to i tak warto. Ludzie, którzy nie kwestionują swoich przekonań, ograniczają swoje możliwości i przez całe życie funkcjonują na trybie „domyślnym.”
  • Zmiana jednego przekonania zapoczątkuje łańcuchową reakcję, która może kształtować inne przekonania, które są z nim związane. Dlatego na początek zajmij się tym przekonaniem, które uważasz za najbardziej destruktywne.
  • Rozejrzyj się wokół siebie. Jakie przekonania mają ludzie w twoim środowisku? Jak często wystawiasz się na bodźce (media), które manipulacyjne modyfikują twoją sieć przekonań? Nie od dzisiaj wiadomo, że inni ludzie wpływają na naszą percepcję świata. Pewne stare chińskie przysłowie głosi, że jesteś sumą pięciu osób, z którymi przebywasz najczęściej. Zadbaj więc o to, aby otaczać się osobami, które będą cię wspierać, a nie podstawiać kłody pod nogi.
  • Uważaj na meta-przekonania, czyli przekonania o przekonaniach. Na przykład: „Nie mam żadnych wadliwych przekonań, wszystko jest perfekcyjnie”, albo „nie muszę niczego zmieniać, bo moje przekonania są zgodne z rzeczywistością!” Niestety takie idee są najbardziej niebezpieczne, ponieważ już na samym początku odcinają cię od możliwości kwestionowania swoich przekonań. Jest to pułapka, w którą sam często wpadam.
  • Przedstawione ćwiczenie można modyfikować i dopasowywać do własnych potrzeb. Zachęcam jednak do wykonania chociaż pierwszeogo etapu. Samo wypisanie na kratce przekonań może pomóc zapoczątkować Ci proces zmiany.

 

Podziel się w komentarzu swoimi pomysłami na wspierające przekonania!

Jakie są twoje refleksje po wykonaniu ćwiczenia?

 

Zobacz też